dedykacja
recenzje
opinie
wywiady
komentarze
listy czytelników
Dorota Terakowska - spis treści




Ono - projekt okładki Ryszard Horowitz
Wydawnictwo Literackie prezentuje "Ono" nową, niezwykłą powieść Doroty Terakowskiej, autorki bestsellerowej "Poczwarki".

"Ono" - jedna z bardziej zaskakujących powieści ostatnich lat, książka inna od tych, które Terakowska kierowała dotychczas do młodzieży, inna też od adresowanej do starszych czytelników "Poczwarki", choć, podobnie jak ta ostatnia, przeznaczona jest dla dojrzałych odbiorców. Po raz pierwszy Dorota Terakowska przedstawia świat tak dotkliwie realistyczny, choć nie pozbawiony magii i niezwykłości. Umieszcza w nim na pozór nie wyróżniającą się żadnymi szczególnymi cechami osobowości czy zdolnościami bohaterkę, w której każdy może odnaleźć mniej lub bardziej sobie znajomą "dziewczynę z sąsiedztwa". Dziewiętnastoletnia Ewa, mieszkanka małego polskiego miasteczka, pozbawiona zainteresowań i jakichkolwiek większych ambicji, staje nagle przed bardzo poważnym problemem życiowym. To, co jej się przytrafia, nie jest niestety czymś niespotykanym, zaskakująca jest natomiast jej reakcja na ów problem - postawa niewiele mająca wspólnego z wyborem, jakiego moglibyśmy się po "takiej dziewczynie" spodziewać. Powieść jest zadziwiająca, wielowymiarowa i pełna napięcia, autorka po mistrzowsku wykorzystała w niej wypróbowaną w prozie realistycznej ideę ukazania wewnętrznego rozwoju młodego bohatera na tle jego środowiska. Mamy tu do czynienia z realizacją nie tylko udaną, ale i pod wieloma względami nowatorską. Misterna, przemyślana w każdym szczególe konstrukcja oraz znakomicie nakreślone, wyraziste postaci sprawiają, że powieść czyta się jednym tchem.

"Ono", oprócz typowego dla Terakowskiej klimatu i symboliki, jest powieścią przejmująco realistyczną. Nie pozwala na obojętność, porusza, sięga do najgłębszych emocji każdego czytelnika. Dotyka problemów bliskich nam wszystkim i zmusza do głębokich refleksji. Po tę książkę powinien sięgnąć każdy, bo dla wszystkich ta literacka rzeczywistość jest światem, w którym żyjemy. "Ono" zmusi do odpowiedzi na pytanie: "jakie jest nasze w tym świecie miejsce?" i w każdym z nas pozostawi ślad na bardzo długo.

O Autorce:
Dorota Terakowska (we wczesnej młodości mocno związana z Piwnicą Pod Baranami - dziś jej głowa znajduje się na kontrowersyjnym monumencie prof. Bronisława Chromego) jest autorką niezwykłą, określaną przez wielu jako "autorka niepokorna" - poruszającą w swojej twórczości tematy niechciane, często zepchnięte na margines zainteresowania nas wszystkich oraz mediów. Posiada pełno wymiarową rodzinę (mąż, dwie dorosłe córki), zwierzaki (psy i koty), uwielbia gry komputerowe i Internet (grywa sieciowo w scrabble), oraz... spotkania z czytelnikami jej książek. Na spotkaniach z pasją opowiada o swoim życiu, twórczości i zainteresowaniach, i namawia do..."odwagi bycia sobą". Choć jak ognia unika "bycia autorytetem" - otrzymuje setki listów, głównie elektronicznych, na które cierpliwie odpisuje. Twierdzi, że jedyne czego jej w życiu brakuje - to czas (pasja gromadzenia przez bliźnich tzw. dóbr doczesnych zawsze ją zdumiewała - temu też daje wyraz w najnowszej powieści). Trzykrotnie otrzymywała Nagrodę Literacką Roku, przyznawaną przez polską sekcję Światowej Rady Książki dla Młodzieży. Laureatkami IBBY zostały "Córka Czarownic", "Samotność bogów", "Tam, gdzie spadają anioły". "Córka Czarownic" znajduje się na światowej liście Jana Christiana Andersena. "Władca Lewawu" jest zaliczany do złotej dziesiątki książek dla dzieci lat osiemdziesiątych, a "Lustro Pana Grymsa" dziecięce jury uznało za bestseller roku 1995. "Samotność Bogów" otrzymała tez tytuł 'Książki Wiosny 98" od Biblioteki Raczyńskich i nominację do Paszportu Polityki. W 2002 roku Dorota Terakowska była nominowana do Nagrody Prezydenta Rzeczpospolitej Polskiej za twórczość i działalność artystyczną dla dzieci i młodzieży, jako "pisarka podejmująca w swej twórczości trudne problemy współczesnego człowieka i współczesnego życia".

Prawdziwym przebojem była przedostatnia powieść - "Poczwarka" - która sprzedała się w nakładzie ponad 40 tysięcy egzemplarzy. Powieść "Ono" wyróżnia się w dorobku Terakowskiej tym, że powstała nietypowo. Córka autorki, Małgorzata Szumowska, znana nie tylko w Polsce reżyserka filmowa, wygrała kolejny konkurs na scenariusz fundacji Roberta Redforda SUNDANCE, w kategorii "Trzy najlepsze europejskie scenariusze". Pisarka pozazdrościła córce pomysłu, córka "wypożyczyła" go matce - i powstała powieść inna, niż scenariusz, ale oparta o tę samą, niezwykłą ideę, którą pozna każdy czytelnik książki i widz filmu.

Projekt okładki: Ryszard Horowitz

Patronaty medialne:
1. Polskie Radio "Trójka"
2. ELLE - miesięcznik
3. Wirtualna Polska
4. Książki - Magazyn Literacki
5. Merlin - Księgarnia Wirtualna

fragmenty powieści

FORTEPIAN

Pewnego dnia Teresa wróciła z miasta i już od progu zawołała, zarumieniona z podniecenia:
- Jest kupiec na nasz fortepian!
"Nasz". Pierwszy raz powiedziała "nasz", zdziwił się Jan, zanim dotarł do niego sens tej nowiny.
- Ile daje? - spytała babcia Maria, nim on zdążył się odezwać. A zresztą nie chciał nic mówić. Nie wiedział, co powiedzieć i jak ma bronić fortepianu.
- Daje tyle, że moglibyśmy kupić wykładzinę do całego domu, wykończyć obie łazienki i przynajmniej w jednej zrobić sztuczny marmurek, na przykład w tej na dole - liczyła podekscytowana Teresa.
- Mało daje - przerwał jej Jan. - To jest fortepian koncertowy.
- Nie bądź śmieszny. Facet nie będzie grać na nim koncertów! - zaśmiała się Teresa. - Wybudował sobie willę, nie taką jak my, tylko prawdziwą, i mówi, że fortepian by mu pasował. Trzeba brać, póki daje, bo powiedział, że jak nie chcemy, to on tam sobie postawi kominek. Ma na razie wolny kąt, to bierze fortepian.
Gdy następnego dnia Jan wracał z pracy, przed niewykończoną, niezgrabną bryłą ich nowego domu stał meblowy wóz. Trzech facetów walczyło z fortepianem.
- Kurwa, kto takie coś wymyślił - zaklął jeden, patrząc z wyrzutem na Jana, który przystanął, czując, że serce bije mu szybko i nierówno.
- Ostrożnie, tak nie wolno. Rozstroicie go. On jest... on jest bardzo czuły - powiedział, widząc, jak fortepian wali o bruk, słysząc, jak struny jęczą, i czując rozpaczliwy ruch młoteczków wypadających bezładnie ze swych miejsc.
Robotnicy spojrzeli na niego z pogardliwym pobłażaniem. Jan zamilkł. Wóz meblowy odjechał, a Jan wszedł do domu, z którego zniknęła ostatnia cząstka jego szczęśliwego życia. "Czy to jest jeszcze mój dom?", zamyślił się, patrząc na puste miejsce w "dajning rumie".
- Gdyby był mniejszy i biały, to dostalibyśmy więcej. A tak to on musi zeskrobać i zamalować tę okropną czerń - powiedziała z urazą Teresa, pokazując mu banknoty. - Cham jeden... Potrącił sobie za koszty przewozu i malowanie. Pomaluje na kremowo.
Ewa wymiotuje i nadal myśli:
- Czy mi się wydaje, że tata grał kiedyś na fortepianie? Grał cichutko, delikatnie tę samą melodię, którą słychać czasem z jego pokoju, ale już tylko z płyty? Jak to się nazywało? "Poranek fauna"? Czy jest możliwy taki dziwny tytuł? A ja siedziałam na kanapie i słuchałam. Jak wyglądają fauny? Chyba wtedy jeszcze tata się uśmiechał.
Ewa zastanawia się nad fortepianem, choć całe jej ciało szarpią torsje. Głowę trzyma tuż nad muszlą klozetową, widzi jej pęknięcia, rysy, żółte zacieki, brud.
- Kurcze, co ja zjadłam? To pewnie hamburger z tej pieprzonej budki w rynku. Na pewno hamburger. Wszystko, byle nie to...
- Mamo, dlaczego Ewa wciąż rzyga? - pyta Złotko.
- Wymiotuje - poprawia mechanicznie matka. - "Wymiotuje" brzmi lepiej - wyjaśnia córce i nagle czujnie odwraca się od telewizora. - Co znaczy wciąż?
- Rzyga... przepraszam... wymiotuje od paru dni, codziennie, rano i wieczór, i w dzień też. Ja nie chcę, żeby ona była chora. Zrób coś, mamo, pomóż jej - mówi Złotko.
Oczy Teresy rozszerzają się, potem zwężają ("Mama ma teraz oczy jak u węża, tego węża z choinki, który wchodził Ewie pod sukienkę, gdy była taka mała jak ja. Ja nie chcę", myśli Złotko). Potem Teresa zrywa się z kanapy i biegnie lekko do łazienki, tak lekko, jak potrafią biegać tylko bardzo grubi ludzie, gdy niesie ich gniew. Uderza pięścią w drzwi, raz, drugi, trzeci.
- Co jest?! - krzyczy Ewa. - Są przecież dwie łazienki! Jak się tak bardzo spieszysz, to leć na górę! Przecież się nie posikasz!
- Otwórz! - wrzeszczy Teresa i naciera całym ciałem na drzwi. - Natychmiast!
Ewa otwiera i matka, rzucona siłą rozpędu, zatrzymuje się dopiero na umywalce. Rozciera stłuczone biodro, gniewnie zagryza wargi i ścisza głos do szeptu ("Złotko nie powinna słyszeć", myśli odruchowo):
- Jesteś w ciąży?!
Ewa kręci głową.
- Skąd? Z ducha świętego?
- Rzygasz, więc jesteś w ciąży - powtarza zdenerwowana matka.
- Każdy, kto rzyga, jest w ciąży? Tata jak się struł odgrzewanym przez trzy dni obiadem, to też był w ciąży?
- Nie pyskuj, tylko mów!
Matka naciera na Ewę. Łazienka jest niewielka, więc już po chwili Ewa opiera się o ścianę, a matka szarpie ją za sweterek:
- Pokaż piersi!
- Zwariowałaś! - krzyczy Ewa.
- Zamknij się, Złotko nie musi słuchać o takich świństwach... Piersi w ciąży twardnieją.
- Skąd mam o tym wiedzieć? - pyta agresywnie Ewa. - Niby kto mi miał o tym powiedzieć? Ksiądz na religii?
- Ewa... - zaczyna matka i spazmatycznie łapie haust powietrza. W łazience unosi się zapach taniego mydła i proszku, zastarzałego brudu i potu z ubrań, przygotowanych do prania. - Tu nie ma co żartować. Potem może być za późno. Gdyby to była ciąża, powiedz szczerze, nie okłamuj mnie... gdyby to była ciąża, to który miesiąc?
Ewa wydyma wargi. "Powinnam się teraz uśmiechnąć tak szeroko jak Julia Roberts i powiedzieć: gówno cię to obchodzi. Ale nie mam nikogo poza nią, więc tak nie powiem. I jestem przerażona... przerażona... O Boże... Więc rzyganie to niekoniecznie pizza, hamburger lub nie umyte winogrona, podpieprzane Grubemu?"
- To był sylwester. Więc chyba drugi miesiąc? - pyta niepewnie Ewa.


BARANEK

Wieczory są teraz mokre od wiosennych deszczów; wilgotne od mgieł. Wszyscy wnoszą do domu na butach błotnistą maź. "Dobrze, że nie mamy psa, aleby nabrudził", mówi Teresa, na wypadek gdyby Złotko też chciała zwierzaka, jak kiedyś Ewa. Ale Złotko nie chce psa, wystarcza jej telewizor, pokemony i Harry Potter, którego wreszcie zaczęła czytać, bo czyta to cała klasa i głupio byłoby nie wiedzieć, kim jest Voldemort albo Hermiona, równie głupio, jak nie wiedzieć, kim jest Gulczas z Big Brothera. Złotko nie chce żadnego zwierzaka, od dnia, gdy ujęła się za barankiem.
Baranek:
Złotko słucha na lekcji religii opowieści katechety. Jej koleżanki piszą do siebie karteczki, czytają pod ławką "Małą księżniczkę" lub "Harry Pottera", chłopcy przeglądają komiksy lub robią remanent pokemonów, ale Złotko słucha uważnie, bardzo uważnie, i jej policzki aż purpurowieją z emocji. Od pierwszej lekcji religia jest jej ulubionym przedmiotem. Opowieści o stwarzaniu świata, o Raju, Adamie i Ewie, o ziemi, zaludnianej pokoleniami ich potomków, wydają się Złotku ciekawsze niż baśnie braci Grimm i Andersena, a nawet sam Harry Potter. Czarodziej z tych opowieści ma moc o wiele większą niż Voldemort i wszyscy czarownicy z Hogvartu razem wzięci. I także ma różdżkę, gdyż ksiądz pokazał im na lekcji kolorowy, frapujący obrazek starca z siwą brodą siedzącego na chmurze i potrząsającego różdżką, z której piorun spływał ku ziemi. Ale Jego różdżka jest naprawdę magiczna. Ksiądz mówi coraz to nowe i coraz ciekawsze rzeczy. ...oto stuletni Abraham płodzi syna. Cała klasa, na słowo "płodzi", chichocze i szturcha się łokciami, ale Złotko jest bardzo przejęta. Sara rodzi Izaaka, a klasa znowu powraca do swoich zwykłych zajęć: pisania liścików, czytania "Harry'ego" i liczenia posiadanych pokemonów. W klasie jest cicho, przyjemnie, normalnie. I wtedy nagle czarodziej żąda całopalnej ofiary. Abraham ma wywieść małego synka w góry, zabić, rozpalić ogień i złożyć go w ofierze.

Złotko wstrzymuje oddech. To niemożliwe... niemożliwe... Przecież TEN czarodziej nie jest Voldemortem, nie może żądać czegoś takiego! Katecheta musiał się pomylić! "Ojcze", mówi mały Izaak, "masz ogień i drwa, ale gdzież baranek na ofiarę całopalną?". Ojciec kłamie, by uspokoić synka. "Nieprawda, ojcowie nie kłamią, najwyżej milczą, i o jakim baranku oni mówią?", myśli przerażona Złotko. Abraham z synkiem doszli tymczasem wysoko, na szczyt góry, ojciec ułożył z kamieni ołtarz ofiarny, a na nim drwa, związał małego Izaaka i położył.
- I co Izaak? - pyta bez tchu Złotko. - Płakał? Krzyczał ratunku?
Katecheta patrzy na nią ze zniecierpliwieniem.
- Biblia o tym nie mówi. Ważne jest to, że Abraham okazał bojaźń bożą i gotów był spełnić każde polecenie, nawet tak surowe jak to. I w nagrodę Pan zesłał anioła, który wstrzymał rękę z nożem, a w pobliskie krzaki zaplątał się baranek...
"Baranek", myśli Złotko bez tchu i czeka, co dalej.
-...i Pan zezwolił Abrahamowi złożyć baranka w całopalnej ofierze - kończy triumfalnie katecheta.
Dziewczęta nadal czytają "Harry Pottera", chłopcy liczą pokemony, a Złotko krzyczy:
- Baranka? Takie małe, białe, miękkie zwierzątko? Spalić? Dlaczego? To już lepiej, gdyby spalił Izaaka! Izaak był chłopcem, na pewno popełniał różne grzechy, a baranek był niewinny! Niewinny! Przecież On nie może tego zrobić! Nie może być gorszy od Voldemorta! Niech daruje życie barankowi! A najlepiej im obu!
Na dźwięk słowa "Voldemort" prawie wszyscy uczniowie podnoszą głowy z zaciekawieniem. Katecheta stoi na środku klasy i policzki coraz bardziej mu purpurowieją.
- Więc po to uczę was pół roku, żebyście takie bzdury wygadywali? - pyta cicho, lecz gniewnie. - Jutro mają przyjść twoi rodzice, ojciec lub matka, wszystko jedno.

Matka drze się na cały dom. Krzyczy tak głośno, że ze swoich pokojów wychodzą ojciec i Ewa - jedno szybko, drugie wolno - i słuchają, co się dzieje.
- Nie po to cię uczymy, żebyś wygadywała bzdury na religii! Masz słuchać, co mówią inni, i mówić to samo! Masz zachowywać się jak wszyscy i myśleć jak wszyscy, to nie narazisz mnie na taki wstyd!
- Co zrobiła Złotko? - pyta cicho Jan.
- Powiedziała księdzu, że lepiej, gdyby Abraham zabił Izaaka niż baranka!
Wszyscy patrzą na Złotko. Ewa z ciekawością, a Jan z namysłem, który aż marszczy mu czoło.
- Nieprawda - protestuje Złotko. - Powiedziałam, że najlepiej, gdyby obu ocalił, ale jeżeli musi...
Wszyscy wciąż na nią patrzą i dziewczynka niepewnie mówi dalej:
- Baranek był niewinny, a przecież nie wiadomo, co wyrośnie z Izaaka. Jeszcze się o tym nie uczyłam, więc nie wiem.
Ewa parska śmiechem, w którym brzmi coś na kształt zazdrości. "Ja w szkole byłam taka jak wszyscy... taka jak wszyscy", myśli przelotnie, choć z żalem. "A Złotko lada miesiąc, lada rok też będzie taka jak wszyscy. Jak to powstrzymać?"
- Złotko... - mówi łagodnie Jan, gładzi córkę po głowie, a potem odwraca się i powoli wspina po schodach.
- Jasne, jak zwykle gówno go to obchodzi. A ty żebyś mi nigdy więcej nie wyskoczyła z czymś takim! Rozumiesz? - powtarza gniewnie Teresa.
- Rozumiem - mówi speszona Złotko.

Nazajutrz wypożycza od koleżanki drugi tom "Harry Pottera", czyta go jak wszyscy i jak wszyscy już nie zadaje żadnych pytań. Zwłaszcza, że Izaak wyrósł na porządnego człowieka, jakby powiedziała mama.


KŁAMSTWA

Kłamanie jest takie przyjemne: mała Ewa tylko raz w życiu miała wizytową, aksamitną sukienkę - taką, o jakiej marzą wszystkie dziewczynki, przekonane, że przeistoczy je w królewny. Dostała ją od babci Ireny na piąte urodziny. Sukienka była czarna, marszczona od pasa, z połyskliwymi guziczkami na karczku i z białym, koronkowym kołnierzem. Piękna. Jak z obrazka. I nie wolno jej było włożyć. Nigdy. Nie spodobała się babci Marii.
- Jak można dziecku kupować czarną sukienkę! Czarne to nieszczęście, to pogrzeb w rodzinie! Czarne nosi się tylko w żałobie, gdy ktoś naprawdę umrze - wydziwiała babcia Maria, zadowolona, że ma powód do skrytykowania babci Ireny.
Sukienka powędrowała do szafy. Ewa mogła ją podziwiać na wieszaku i dotykać, zachwycając się tym, jaka jest przyjemna, miękka, cudownie lśniąca.
- Babciu, umarła sąsiadka z naprzeciwka, ta gruba, co choruje na nogi - skłamała pewnego dnia. - Mogę ubrać sukienkę na żałobę?
Oczy babci błysnęły, zamigotały w nich ciekawość i strach.
- Umarła... Ja wkrótce też umrę - powiedziała z mieszaniną żalu, strachu i dumy.
- Ale czy mogę ubrać sukienkę? - pytała cierpliwie mała Ewa. Nie musiała określać, o jaką sukienkę chodzi. Sukienka była tylko jedna, właśnie ta, reszta to były zwykłe ubrania.
- Co za głupie dziecko - zaburczała babcia Maria. - To obca osoba, nie przywdziewa się żałoby po obcych.
- Przecież ją lubiłaś! Rozmawiałaś z nią! - zaprotestowała mała Ewa.
- Co z tego? Obcy to obcy - zaburczała znowu babcia.
"Zatem ubiorę sukienkę dopiero wtedy, gdy umrze babcia Maria", uświadomiła sobie Ewa.
- Skłamałaś! - wrzasnęła nagle babcia i trzepnęła Ewę w twarz. Jeden z policzków dziewczynki zarumienił się od uderzenia, a drugi ze złości, że kłamstwo tak szybko się wydało. - Skłamałaś! - powtórzyła triumfalnie starsza pani. - Kłamczuchy idą do piekła i smażą się tam przez resztę życia!
Obie zobaczyły przez okno grubą, kulejącą sąsiadkę, jak powoli schodzi po schodach, uważnie balansując nadmiarem ciała. Babcia podniosła rękę, by uderzyć Ewę w drugi policzek. Zawsze robiła to symetrycznie, z obu stron. I boleśnie. Mała Ewa uchyliła się i krzyknęła:
- To mama! Mama mówiła, że ona umarła!
Ręka babci zatrzymała się, potem cofnęła.
- O, tak, ta plotkara wszystko mogła powiedzieć - westchnęła.
"Ubiorę sukienkę, gdy wreszcie umrzesz", pomyślała mściwie mała Ewa. Od tego dnia kłamstwo było dla niej aksamitne, miękkie i cudownie lśniące. Kłamstwo było jak ta sukienka, więc mała Ewa polubiła je i instynktownie zaczęła odróżniać kłamstwo głupie, prymitywne, od wyrafinowanego, pełnego fantazji. Posługiwała się nim coraz częściej i z większą przyjemnością. Kłamstwo upiększało kłopoty powszednich dni.
- Babcia zasłabła, leżała na podłodze, a nogi i ręce podskakiwały jej w górę i w dół, o tak... - pokazywała w szkole pani od matematyki.
- Boże święty, pewnie ma padaczkę! To się nazywa "wielka choroba". Słyszeliście o niej? Mieli ją królowie i arystokraci - powiedziała pani i wszyscy zapominali o nieodrobionym zadaniu Ewy.
Jej kłamstwa stawały się coraz wymyślniejsze, obudowane opowieściami, wspierane gestem, mimiką, łzami, które efektownie spływały po twarzy. Kłamiąc, wzruszała się, czuła się lepsza i przez pewien czas wierzyła w to, co mówi.
- Babciu! Babciu...! Na jutro muszę mieć dwadzieścia złotych! Zbieramy na jedną z nauczycielek. Wyszła wieczorem i napadli na nią. Wyrwali torebkę, a miała tam wszystkie pieniądze. Uderzyli ją w głowę i zapomniała, jak się nazywa. Błąkała się po ulicach, ale w końcu trafiła do domu. Otworzyła gaz, bo chciała zrobić sobie herbaty, i z tego wszystkiego zapomniała go zapalić. Gaz się gromadził i gromadził, a jak zapaliła zapałkę, wszystko wybuchło. Ona teraz nie ma pieniędzy, nie ma domu, nie ma ubrań, nie ma nawet ukochanego kota, bo ten kot spalił się w mieszkaniu. Nie ma nic, mieszka w budynku szkolnym, sypia na stole w pokoju nauczycielskim!
- Jezusie Maryjo... - mówiła babcia i nie czekając na Teresę, wyjmowała dwadzieścia złotych, mimo że było to dużo, bardzo dużo, za dwadzieścia złotych można było zrobić dwa obiady. Mała Ewa szła do cukierni i opychała się ciastkami z kremem, wysokimi, różowymi, z jasnym lukrem, a kłamstwo znowu było miękkie, gładkie, aksamitne, w dodatku miało wspaniały słodki smak. Gdy babcia Maria umarła, okazało się, że Ewa wyrosła z czarnej sukienki i nie mogła jej włożyć ani na pogrzeb, ani do szkoły. Stojąc w kościele, a potem na cmentarzu, myślała tylko o tym i płakała. Nie mogła wybaczyć zmarłej tej zmarnowanej, najpiękniejszej sukienki swojego życia.


Poprzednia strona