a tak się dobrze zapowiadała...
ja - i moje książki
ja - i moja rodzina
ja - i moje zwierzęta
inni o mnie
rozmaitości
trofea
Dorota Terakowska - strona główna


Między rokiem 2000 a XXI wiekiem

Między rokiem 2000 a XXI wiekiem - No i jak tam nasze swojskie, mazurskie pola? - zagaduje przez telefon pani Helenka, a ja krzyczę: - Pola w tym roku nie ma!
- Sprzedali? - pyta ona zdziwiona. - Cudzoziemcom czy naszym?
- Nie wiem! Idea, Centertel, Era, GSM... Obce czy nasze? Wszystkie obiecują w reklamach złote góry, telefonuje pani już nie tylko za darmo, ale prawie dopłacają do pani rozmów, lecz pola nie ma! Jest gorzej, niż rok temu!- krzyczę.
- Jeszcze gorzej? - dziwi się pani Helenka. - Rok temu latała pani od płota sąsiadów do drogi i jakoś pole pani łapała.
- W tym roku, żeby złapać pole, muszę biegać od pomostu na jeziorze, do łąki nad domem, a to znacznie dłuższy odcinek. Czasem trzeba jeszcze dalej: skoczyć z telefonem w jezioro, a trochę chłodne lub przeleźć przez siatkę, a kłuje, bo druciana - wyjaśniam. Pole właśnie uciekło i głos pani Helenki niknie w słuchawce. Podbiegam 10 metrów - i jest.
-...ili, że ...omu?
Aha, pole jest, ale przerywa. Rzucam się biegiem w stronę pomostu i włażę w dresie do wody.
- Co pani mówiła, pani Helenko? - drę się. Obok, na sąsiedniej łące, rozpaczliwie krzyczy jakaś kobieta. Gdyby nie komórka przy uchu, człowiek by myślał, że woła pomocy.Oczywiście, też nie ma pola.
- Mówili, że w tym roku będzie pani miała pole w domu! - powtarza pani Helenka.
- W domu to ja mam zdrowe, drewniane deski - informuję z urazą. - A na polach susza.
- W telewizyjnej prognozie codziennie pokazują deszcze, więc suszy nie ma - obwieszcza pani Helenka z wyżyn krakowskiej wiedzy.
- Widzę, że pani wierzy w telewizyjne prognozy pogody i w obietnice telefonii komórkowej. Pola nie mam ani przed domem, ani w domu, a deszczu ani kropli. Nawet kwiaty muszę podlewać konewką. Deszcz pada wyłącznie w telewizji - odpowiadam z urazą.
- No, to ma pani zdrowe wakacje - stwierdza z satysfakcją pani Helenka. - Zamiast utknąć przed komputerem, biega pani za polem lub dźwiga ciężary w postaci konewki z wodą. A jak te panine sokoły?
- Sokoły?! - pytam zdziwiona.
- Rok temu opowiadała pani, że na mazurskich biwakach pili piwo za piwem i tak głośno ryczeli "Hej, sokoły", że łabędzie uciekły - przypomina pani Helenka. Przemieszczam się bliżej łąki nad domem: - W tym roku jakoś cicho, bo pewnie patrzą w telewizor na prognozę, widzą że leje, no to , chwała Bogu, nie przyjeżdżają.
- No to telewizyjne prognozy pogody i telefonia komórkowa działają na pani korzyść. Cisza na biwakach, przymusowy jogging z komórką i trochę słońca. Wszystkiego w sam raz - stwierdza ona.
- A owszem - mówię. - Ale mam złe przeczucie, w prognozie zapowiedzieli słońce.
I rzeczywiście. Już leje. A pole przemieściło się za stodołę sąsiada. Jogging z komórką w mazurskim deszczu...ech...


Dorota Terakowska


Poprzednia strona