a tak się dobrze zapowiadała...
ja - i moje książki
ja - i moja rodzina
ja - i moje zwierzęta
inni o mnie
rozmaitości
trofea
Dorota Terakowska - strona główna


Między rokiem 2000 a XXI wiekiem

Między rokiem 2000 a XXI wiekiem - Trudna sprawa z tą edukacją młodzieży... - mówię przez komórkę do pani Helenki, patrząc jak 7-letni Kuba, wnuk mojego męża, hasa w jeziorze. Wczoraj prosiłam go, żeby zaniósł buty do sieni - a on spytał: "co to sień?". W lesie oszołomiły go jagody na krzaczkach - bo był przekonany, że występują wyłącznie w sklepach warzywnych.
- Niech mu pani pokaże coś z przyrody - proponuje pani Helenka. - Bocian byłby dobry, bo przy okazji edukuje prorodzinnie.
- Gniazdo bocianie mamy obok, a lekcję przyrody z bocianami już z nim przerabiałam. A poza tym, mimo wysiłków niektórych polityków, on już wie skąd się biorą dzieci - stwierdzam.
- Acha - mówi pani Helenka. - To niech mu pani pokaże raki.
- Dobry pomysł - mówię i wołam do Kuby: - Kuba, czy wiesz co to są raki?
- Takie czerwone na talerzu, do jedzenia - oznajmia wnuk mojego męża, a ja odkładam komórkę, z silnym postanowieniem, że zaraz pokażę Kubie, gdzie raki zimują.
Idziemy więc do jeziora, szukać raków. Od 13 lat jeżdżę do tej małej mazurskiej wsi, z pięknym jeziorem Borowym. W przeciwieństwie do Krainy Wielkich Jezior, zdewastowanej przez tubylców i turystów, nasze małe Borowe miało zawsze mnóstwo ryb i wodę tak czystą, jak górski strumień. Właśnie dlatego żyły w nim raki - koronny dowód braku zanieczyszczeń. I dlatego kupiliśmy tu stary wiejski dom.
Łazimy z Kubą po skraju jeziora - i raka ani na lekarstwo. Ani jednego. Za to widzę jak z sąsiedniego gospodarstwa spływa do jeziora gnojowica; obok widzę na wodzie tęczowe plamy - ślad wjeżdżania do jeziora traktorem; kawałek dalej małe rybki pływają brzuchami do góry - zatrute płynem do mycia naczyń i proszkami do prania. Brzegi jeziora, mimo formalnego zakazu, są obstawione przez turystów różnymi budami, domkami kempingowymi, namiotami, przyczepami i barakami. I gdzieś ci turyści muszą myć siebie, naczynia po obiedzie, gdzieś muszą prać. Gdzie? W jeziorze. A że wieś nie jest skanalizowana - to gdzieś chłopi muszą spuszczać ścieki z płytkich szamb, bo oszczędzają na ich czyszczeniu przez fachowca. A gdzie je spuszczają? Do jeziora.
- Kuba, nie pokażę ci raka - oświadczam ponuro, myśląc, że jeszcze dwa, trzy lata takiej dbałości o jeziora ze strony gminy Prostki i wojewódzkich ekologów, a do listy wód zatrutych tak, że już nie będzie wolno się w nich kąpać w obawie o zdrowie, przybędzie jezioro Borowe. Ryb też już nie ma, bo prywatny dzierżawca od paru lat trzebi je nie tylko sieciami, ale i prądem. Swoją drogą to ciekawe: za PRL nie wolno było nigdzie rozbić namiotu, poza wyznaczonymi kempingami. Ryb w jeziorach było mnóstwo, gdyż odławiano je tylko co jakiś czas, a nie codziennie, i nie prądem, lecz sieciami. Lasy wycinano dwa razy wolniej. Rzeczpospolita miała to wszystko "naprawić"...Tymczasem samorządy na pewno dobrze służą kieszeniom radnym, gorzej lasom i jeziorom.
- Ciociu! - woła Kuba, brodząc po wodzie. - Nigdzie nie widzę tego talerza z rakami!
No tak, rak to takie czerwone na talerzu. A że czerwone, to nie moja wina i nie jest to mój udział w prezydenckiej kampanii. Oryginalny, jeziorny rak, brodzący na dnie czystego jeziora, jest czarny. I też nie ma to nic wspólnego z jesiennymi wyborami. Oddam głos na tego, kto mi obieca, że jezioro Borowe w gminie Prostki uratuje resztki swoich ryb, raków i czystość wody. Ale boję się, że kogoś takiego nie ma.


Dorota Terakowska


Poprzednia strona