a tak się dobrze zapowiadała...
ja - i moje książki
ja - i moja rodzina
ja - i moje zwierzęta
inni o mnie
rozmaitości
trofea
Dorota Terakowska - strona główna


Trzykrotne narodziny Miriam

Wisława Szymborska mówi do niej "Maniusia"... Nietajemniczeni są zdziwieni, ona się cieszy. Powraca wówczas do niej myśl, kim by była, gdyby nie II wojna światowa i holocaust. Byłaby Maniusią Weinfeld, mieszkającą przy ulicy Łobzowskiej, wywodzącą się z wielopokoleniowej krakowskiej rodziny. Po prostu krakowianką. I pewnie pisałaby powieści, ale całkiem inne.


Z Miriam Akavia Takie pogodne i radosne? - pyta z uśmiechem łagodnej ironii. No tak, na pewno nie pisałaby o getcie w Krakowie, o obozach w Auschwitz, Bełżcu, Bergen Belsen. O Marszu Śmierci. O swojej wymordowanej rodzinie. O wszystkich zabitych Żydach.
Maniusia Weinfeld... Przedwojenni polscy Żydzi albo w pełni asymilowali się z Polakami, albo podkreślali swoją odrębność, mieszkając w takich skupiskach, jak krakowski Kazimierz (gdzie mieszkała jej rodzina ze strony matki). Niekiedy byli syjonistami, a wtedy wcześniej czy później jechali do Palestyny, gdzie na pustynnej i kamienistej ziemi sadzili pomarańczowe gaje i - tak jak na Mesjasza - czekali na powtórne narodziny Izraela. Mogli też - jak Weinfeldowie - być wyznawcami teorii Mendelssohna.
- Żyj w kraju twego urodzenia, w diasporze, żyj tak, jak żyją twoi sąsiedzi, nie wyodrębniaj się, ale w domu zawsze bądź Żydem. "Haskala" to był żydowski ruch oświecenia, a Mendelssohn byt filozofem i niemieckim Żydem - cytuje mi dawna Maniusia, która dziś nosi rdzennie hebrajskie imię i takież nazwisko. Maniusia, której matka byta wrażliwa na sztukę i pięknie śpiewała, a ojciec kochał malarstwo, choć na co dzień zajmował się handlem drewnem na międzynarodową skalę, ale czasem na jego składzie pokazywał się wymalowany anonimową ręką napis: "Nie kupuj u Żyda...".
- Może wyjedźmy jednak do Palestyny - mówiła wtedy mama Maniusi, ale jej raptem 40-letni ojciec uważał, że jest już za stary, by zaczynać nowe życie. W wyniku tego niezdecydowania stracił to, które miał.
Maniusia jednak przeżyła i po raz wtóry urodziła się w Izraelu, jako Miriam Akavia. I nigdy nie napisała pogodnej książki o miłości. W ogóle nie napisała ani słowa aż do 47 roku życia. Milczała prawie 30 lat.
- Żydzi, którzy ocaleli z holocaustu, zawsze milczeli - mówi dziś, gdy siedzimy obie w krakowskiej kawiarni "Noworolski" i przez duże szyby patrzymy na wesoły, pełen ludzi Rynek. - Milczeli, gdyż inni ocaleni też nie chcieli o tym mówić, a ci, co od początku mieszkali w Izraelu, nie chcieli nas zrozumieć. Powtarzali: "No jak to, i wy pozwoliliście ot, tak, bez stówa, zaprowadzić się na rzeź? Bez żadnej walki?". I tak długo to nam powtarzali, aż zamilkliśmy.
- Miałam uczucie, że to milczenie po raz wtóry mnie zabija. Cierpiałam. Miałam stałe bóle głowy i jakieś ogromne napięcie w środku. Wydawa- ło się, że gdyby ktoś przyłożył zapałkę - to wybuchnę... Dziś myślę sobie, że cały czas pisałam, ale w sobie. Układałam w zdania tamte przeżycia. Wreszcie jednak napisałam pierwsze opowiadanie, "Jesień młodości", i dałam je do czytania moim córkom, Ronit i Ofri. Wcześniej nigdy nie rozmawiałam z nimi o holocauście, nie chcąc psuć ich radosnego dzieciństwa i szczęśliwej młodości. Bo one są sabra, czyli urodzone w Izraelu, i miały prawo cieszyć się życiem, a nie rozpamiętywać okrutnego losu swych przodków - mówi Miriam.
Sabra - to po hebrajsku kaktus. Takie mają być dzieci Izraela: na zewnątrz kłujące, w środku słodkie. Wrażliwe, ale odporne. Trochę twarde. Nie takie jak urodzona w Krakowie Maniusia Weinfeld, której zabito dzieciństwo i młodość. Zabrano też wszystko, co można było zabrać. Nie ma nawet grobów, przy których można by wspomnieć swych zmarłych.
Ronit i Ofri rozpłakały się, czytając opowiadanie swojej matki. W ten sposób poznały prawdę o holocauście, o śmierci dziadków i krewnych. To one powiedziały matce, że powinna dalej pisać, a to, co napisała, wydrukować. Miriam udała się więc do Yad Vashem, żydowskiej organizacji "Pamięć", myśląc, że opublikują jej wspomnienie, tak jak czynili to z wieloma wspomnieniami ocalonych Żydów.
- To nie jest wspomnienie. To literatura... - usłyszała zdziwiona i w ten sposób zrozumiała, że urodziła się po raz trzeci, właśnie do literatury.

Od tego czasu Miriam Akavia napisała kilka powieści i zbiorów opowiadań. Przetłumaczono je na 10 języków, włącznie z polskim. Ale na polski to ona sama tłumaczy siebie z hebrajskiego. Najbardziej znaczącą jej książką jest "Winnica" - rodzinna saga, której tytuł, oznaczający "winne pole", jest dosłownym tłumaczeniem nazwiska Weinfeld. W "Winnicy" pojawiają się nie tylko Weinfeldowie, ale i rodzina jej matki - Karmelowie. Byli to pobożni Żydzi, którzy nigdy, aż do tragicznej śmierci, nie opuścili Kazimierza. Mieszkali przy ulicy Meiselsa i dziś, gdy Miriam przyjeżdża do Krakowa i odwiedza Centrum Kultury Żydowskiej znajdujące się właśnie na tej ulicy, jej wzrok bezwiednie ogarnia niewysokie kamieniczki, w których mieszkali niegdyś jej dziadkowie, matka, ciotki, wujowie, kuzynostwo...
- Dziadek Karmel nosił długą, siwą brodę i wciąż pisał wiersze. Miał maty sklepik, ale zawsze się złościł, gdy przychodzili klienci, bo przeszkadzali mu je układać...
Miriam Akavia uśmiecha się do wspomnień Maniusi Weinfeld. Dziadek Karmel też przeżył na kartkach jej książek. Za twórczość literacką Miriam dostała wiele prestiżowych nagród, w tym m.in. Nagrodę Premiera Izraela (a był nim wówczas zamordowany przez zamachowca Icchak Rabin), nagrodę korczakowską, Nagrodę Polskiej Sekcji Stowarzyszenia Kultury Europejskiej.
- Film Spielberga "Lista Schindlera" nie mógł pokazać prawdy o zagładzie krakowskiego getta - mówi Miriam. - Żaden film nie odda tamtej grozy, to niemożliwe. Z wszystkich najokrutniejszych wydarzeń Miriam zapamiętała dwa: dzień, w którym wszyscy już wiedzieli, gdzie odjeżdżają transporty z Żydami - i wtedy jej ojciec zdecydował, że trzeba otworzyć gaz, żeby zginęli, ale z własnych rąk. Mama Maniusi do tego nie dopuściła. I całkiem inny dzień - dzień śmierci dzieci z getta.
- Sama byłam dzieckiem, miałam raptem 13 lat, tymczasem coraz więcej Żydów ginęło bez śladu, coraz więcej dzieci zostawało bez rodziców. Miałam 13, a potem 14 lat i opiekowałam się nimi. W ten sposób sama szybko przestałam być dzieckiem Ale gdy w 1943 roku Niemcy likwidowali getto i wywozili nas do Płaszowa, to dzieci oddzielili od dorosłych. Czekaliśmy wszyscy, aż je przywiozą. Czekaliśmy karnie, choć niecierpliwie przed płaszowskimi barakami. I wreszcie dzieci przyjechały. Wszystkie zostały zastrzelone na naszych oczach...
Wśród czekających stała Miriam.
- Do dziś myślę o tym, że powinnam być z nimi do końca jak Korczak. I noszę w sobie ciężar winy, a miałam przecież tylko 14 lat - mówi.
- Czy można z tym żyć, Dorota? - pyta mnie nagle Miriam, a potem mówi: - Widocznie można, skoro żyję...
A jednak gdy Miriam napisała swoje pierwsze opowiadanie — narodziła się po raz trzeci. I właśnie pisanie pozwoliło jej z tym żyć. Bo mogła o tym pisać; mogła pisać także i o swoim poczuciu winy, że ona ocalała, a tylu zginęło.
Cudem żyjąca 17-letnia Maniusia (jeszcze nie Miriam) znalazła się w Szwecji, gdzie zwożono ocalałych z holocaustu - i jakże nielicznych! - Żydów, aby ich leczyć z ciężkich chorób ciała. Jednak nikt nie mógł uleczyć ciężkich chorób duszy. Właśnie w Szwecji Maniusia Weinfeldówna poznała swojego przyszłego męża, starszego o pół roku Leopolda, Żyda z Węgier. To z nim udała się do Palestyny - i razem doczekali powstania państwa Izrael. Leopold otrzymał hebrajskie imię Hanan, a Mamusia stała się Miriam. "Mój Hanańczyk" - mówi ciepło Miriam, odruchowo spolszczając jego imię.
- Zawsze sobie myślę, że gdyby państwo Izrael istniało wcześniej, nie doszłoby do holocaustu. Można przecież zabić cały naród, ale trudniej zabić państwo - mówi, patrząc przez okno kawiarni na rynek. Turyści karmią gołębie, zadowoleni, że pewne swego bezpieczeństwa sfruwają na ich ramiona.
Pierwsze lata w Izraelu Miriam i Hanan spędzili w kibucu.
- Tam dzieci wychowuje się inaczej niż żydowskie dzieci w diasporze. Gdy w Krakowie ktoś mnie zaczepił, rodzice mówili: "Milcz i przejdź na drugą stronę ulicy" - mówi Miriam. - W kibu- cu mówią: "Gdy ktoś cię uderzy, oddaj". Po to, żeby już nikt i nigdy nie mógł zrobić z nami tego, co zrobiono w czasie wojny... Nigdy więcej... Never more... Hasło dorocznego Marszu Żywych w Oświęcimiu.
W kolejnych latach Miriam pracowała w szpitalu, potem razem z Hananem pojechali na Węgry, do pracy konsularnej. Po siedmiodniowej wojnie, gdy sockraje w 1968 roku zerwały stosunki z Izraelem, wrócili do ojczyzny. Miriam podjęła pracę w komisji, adaptującej przybyłych z diaspory Żydów, głównie ze wschodniej Europy.
Poczynając od lat osiemdziesiątych, Miriam Akavia przyjeżdża prawie co rok do Krakowa; czasem sama, niekiedy z Hananem, raz była z Ronit. Po raz pierwszy, właśnie tego roku, jest tak długo - prawie trzy miesiące. Po raz pierwszy trochę się z tym kryje, gdyż nie chce odbywać dziesiątek spotkań z licznymi przyjaciółmi - a ma ich wszędzie, we wszystkich znaczących środowiskach - lecz chce "poczuć klimat miasta". Tego Krakowa, który mógł być jej rodzinnym miastem i z którym wciąż jest mocno związana.
- Jakim cudem mówisz tak piękną polszczyzną, skoro twoje córki i mąż nie mówią po polsku? - pytam za każdym naszym spotkaniem, zdziwiona sposobem, w jaki w jej ustach dźwięczy polska mowa: melodyjnie jak muzyka. Wszak Czesław Miłosz twierdzi, że to język jest ojczyzną...
- Moją ojczyzną jest już Izrael - poprawia mnie łagodnie, lecz stanowczo. Pierwszy przyjazd tutaj kosztował ją bardzo dużo, gdyż nie była to tylko i wyłącznie ziemia jej przodków, ale ziemia, na której jej przodków zabito.
- ...i nikt z dawnych sąsiadów nawet nie próbował nam pomóc, choć mieszkaliśmy wśród nich tyle lat - mówi bez żalu, tylko z jakimś ogromnym zdziwieniem. - A gdy w latach 90. poszłam kiedyś na ulicę Łobzowską, to od kogoś z dawnych sąsiadów usłyszałam komplement, którego tak bardzo nie lubię: "Pani to nie wygląda na Żydówkę...". Powiedz mi, czy dla was wygląd Żyda wciąż oznacza coś gorszego? - pyta, a gołębie w rytm jej słów znowu gwałtownie zrywają się do lotu.
- Pamiętam do dziś, jak cierpiałam, mając jakieś 10 lat, gdy moja mamusia wróciła z Zakopanego i pochwaliła się, że adorowali ją polscy oficerowie i jak z dumą opowiadała: "W ogóle nie rozpoznali, że jestem Żydówką!". Wtedy po raz pierwszy pomyślałam, że nigdy nie pogodzę się z tym, iż fakt nierozpoznania w kimś Żyda ma być komplementem...
Urodzona po raz trzeci w Izraelu Miriam jest już jak sabra: w razie potrzeby "kłująca" i bardzo wrażliwa w środku. Nie wybacza tchórzostwa, fanatyzmu i fałszu. Nie znosi zarówno anty-, jak i filosemityzmu.
- W każdym narodzie są ludzie lepsi i gorsi, nie można nienawidzić całego narodu, nie można całego narodu kochać. I antysemityzm, i filosemityzm są jednakowo fałszywe - mówi.
Ale choć wie, że w części Polaków wciąż została gotowość do antysemityzmu (wystarczy, by jakiś polityk rzucił byle jakie hasło) - Miriam jest członkiem komisji Yad Vashem, tej która przyznaje medale "Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata". I cieszy się właśnie każdym Polakiem, który go otrzyma. A każdy Polak - szczególnie artyści, i nie tylko - jadący do Izraela, bezbłędnie trafiają do niej w gościnę.
- Miriam, prezydent Krakowa odwiedził cię wczoraj w Tel Awiwie, a ty siedzisz w Krakowie! - telefonował do niej w czerwcu "Hanańczyk".
Nasza przyjaźń zaczęła się kilka lat temu, gdy izraelska pisarka Miriam Akavia spytała polską pisarkę, czyli mnie: - Jak zachowałabyś się w czasie wojny wobec Żydów?
- Nie wiem - odparłam szczerze. - Nie wiem, czy sprostałabym tej próbie...
- Nikt tego nie wie i to jest jedyna prawidłowa, bo szczera odpowiedź - powiedziała zamyślona Miriam. Jedyna prawidłowa odpowiedź, która jednak nie usunie zdziwienia i żalu, że akurat jej rodzina nigdy nie trafiła na pomocną dłoń. Jakim cudem zatem to właśnie Miriam Akavia jest dziś prezesem Towarzystwa Przyjaźni Izrael-Polska? Wynika to z jej charakteru. Z innego rodzaju żalu: część młodych Żydów myśli do dziś, że skoro to na polskiej ziemi zabijano Żydów, to widocznie brali w tym udział wszyscy Polacy. Tymczasem ona sama znalazła tu - wprawdzie dopiero teraz, w pół wieku po wojnie - mnóstwo przyjaciół, którzy chronią jej wrażliwość i potrafią przekonująco wyjaśnić, dlaczego na jakimś murze znowu ktoś namalował Gwiazdę Dawida z nienawistnym komentarzem...
- ...bo nietolerancja, fanatyzm, nienawiść są wszędzie, nie tylko w Polsce. Także i u nas, tyle że na murach w Izraelu nikt nie pisze "Precz z Polakami". Z drugiej strony martwi mnie, że w Izraelu źle o Polakach mówią nie tylko ci, którzy rzeczywiście doznali od nich krzywd, ale i ci, którzy nigdy nie widzieli ich na oczy - mówi Miriam i to wyjaśnia, dlaczego zgodziła się na tę niezbyt popularną rolę prezesa Towarzystwa Przyjaźni Izrael-Polska. Ma zresztą wiele pomysłów, choćby związanych z dorocznym Marszem Żywych, na który przyjeżdża tysiące młodych Żydów z Izraela i całego świata...
-...i są izolowani od Polaków, ich przemarsz jest chroniony przez policję, a Polacy są izolowani od nich. Tymczasem ich przyjazd powinien wyglądać inaczej. Powinni spotykać się nawzajem, zaprzyjaźniać, zamieszkać w polskich rodzinach - mówi Miriam, z której tym razem wychodzi osoba zdolna do pięknych marzeń. Ja też chciałabym, aby mogły się one spełnić, aby można było dożyć świata bez nienawiści i uprzedzeń.
Za swoją pracę na rzecz zbliżenia polsko-izraelskiego Miriam otrzymała Order Zasługi Rzeczypospolitej Polskiej.
Dopijamy kawę i wychodzimy z "Noworola". Idziemy wolno przez ulice Krakowa, który mógł być rodzinnym miastem mojej przyjaciółki, Miriam Akavii. I które niekiedy nadal nim jest.


Dorota Terakowska


Poprzednia strona