a tak się dobrze zapowiadała...
ja - i moje książki
ja - i moja rodzina
ja - i moje zwierzęta
inni o mnie
rozmaitości
trofea
Dorota Terakowska - strona główna


Rodzinny portret w biegu

Spotykamy się w biegu i w biegu się rozstajemy. Rysiek uroczyście otworzył wystawę w Krakowie (a na niej tłumy!) i już gna do Warszawy z żoną Anią, z synami Danielem i Emilem. Po drodze krótkie spotkanie z siostrą, Niusią Karakulską, jej mężem, z licznymi przyjaciółmi - i w drogę.


Z Ryśkiem Horowitzem - Dziś Kraków jest Ameryką. Życie nabrało tu dzikiego tempa - śmieje się, a ja też, bo nie ma człowieka o bardziej zaraźliwym uśmiechu niż on.
- W Nowym Jorku mniej udzielamy się towarzysko - dopowiada Ania, która jest architektem i nie zawsze przyjeżdża z Ryśkiem do Polski. Synowie są tu po raz wtóry. Sześć lat temu, gdy jako dzieci przyjechali pierwszy raz, żeby poznać ojczyznę rodziców - nie znali słowa po polsku. Dziś można się z nimi dogadać. Ale między sobą mówią wyłącznie po angielsku. Daniel przerost ojca o głowę i studiuje plastykę w Kalifornii. Emil jest w college'u. Ania jeszcze niedawno pracowała w ONZ (miała nawet jechać do Kenii, ale "nie można skazać Ryśka, by fotografował głównie słonie...").

Co ich tak gna do małego Krakowa z Nowego Jorku, zwanego stolicą świata?

- ... zawsze mam tu uczucie, jakbym wracał do domu - uśmiecha się Rysiek. On urodził się w Krakowie, ona w Katowicach. On samotnie wyjechał do USA w 1959 roku, z rozpaczą żegnając się z rodziną i przyjaciółmi, ale czując, że musi jechać ("Chciałem mieć wolność artystycznych wyborów..."). W ciągu kilkunastu lat został światowym mistrzem reklamy. Ania, mając 11 lat, wyjechała z rodzicami do Ameryki Południowej. Wyjeżdżając, płakała, ale - jak to dziecko - szybko zżyła się z nowym krajem. A potem to już było jak w kinowym romansie: w 1970 roku Ania, która zapomniała ojczysty język, idzie na ogromne, 300-osobowe party w Nowym Jorku. Znajomy mówi Ryśkowi, że ta piękna dziewczyna to Polka...
- Stoję w tłumie i słyszę, że ktoś woła mnie po polsku, imieniem, którego dawno nikt w ten sposób nie wymawiał: "Aniu... Aniu..."
-Jeszcze nie wiedziałem, że wołam przyszłą żonę - mówi Rysiek.

Ktoś mi powiedział, że Rysiek poznał Anię w chwili, gdy najbardziej jej potrzebował, gdy był w depresji po nieudanym pierwszym małżeństwie. I że bez niej byłoby o wiele gorzej...

- Aniu, byłoby gorzej? - pyta Rysiek, znowu się śmiejąc. Zawsze taki był. Czterdzieści lat temu i dziś: łagodny, pogodny, uśmiechnięty, nie ujawniający tego, co go gryzie. Ale poważnieje i mówi: - Tak, był mi potrzebny ktoś taki jak ona. No i się zjawiła.
Ania jest nie tylko żoną, matką, architektem. Jest także jego modelką.
- ... i uczennicą - dodaje. - Gdy się poznaliśmy, już w ogóle nie znałam polskiego. On mnie na nowo uczył.
- Nie umiałbym być sam - wyznaje Rysiek. - Rzeczywiście, mam skłonność do depresji, chandry, do smutków i kryzysów. Bez rodziny bym nie przetrzymał. Dorzuć jeszcze, że Ania jest najlepszym analitykiem mojej twórczości. Ale jest bardzo surowa. - Uczciwa! - protestuje Ania.
- I mamy podobne losy. Oboje jesteśmy emigrantami, oboje cierpieliśmy na początku tej drogi, byliśmy wychowani w tej samej kulturze, myślimy tak samo, lubimy to samo - uzupełnia Rysiek.
Mieszkają w Greenwich Village, artystycznej dzielnicy Nowego Jorku, zajmując dwa piętra dużej kamienicy Tęsknią za Polską - ale już pokochali miasto, zwane ''pępkiem świata".
- To miasto inspiruje Ryśka - mówi Ania. - A ja też kocham Nowy Jork. Kocham moment, gdy dostaję trzykilogramowe, niedzielne wydanie "New York Timesa" i mogę odwiedzić setki miejsc, choć wybieram pozostanie w domu.

- Nowy Jork to tygiel wszystkiego, co na świecie najlepsze i najgorsze. I to w nim fascynuje - mówi Rysiek, a ta fascynacja przegląda się w jego pracach.

Po 37 latach niewidzenia się, spotkaliśmy się sześć lat temu, gdy on podpisywał album wydany przez WAiE Chciałam podejść i spytać: "Poznajesz? Grywaliśmy u ciebie w brydża, razem z Adasiem Holendrem..." (Adaś jest dziś operatorem filmowym w Hollywood). On miał odpowiedzieć: "Nie, nie poznaję", bo 37 lat to kawał czasu. Ale Rysiek ma fotograficzną pamięć. Pamięta każde z nas, jego przyjaciół, i każdy dzień spędzony w ówczesnym Krakowie, w środowisku jazzmanów, Piwnicy pod Baranami, w kręgu studentów szkół artystycznych.

Wy tu żyjecie, więc nie macie takiego pietyzmu dla krakowskiego klimatu jak ja, który stąd wyjechałem - mówi.

- ... to, co robię, ma silny związek z faktem, że wyszedłem właśnie z Krakowa. Ale dziś są inne czasy, a i Kraków się zmienił. Gdy przyjeżdżam i pytam Zbyluta Grzywacza o Jacka Waltosia, to Zbylut mówi: "Rysiek, ja ciebie częściej widuję, niż jego!".
A wtedy, w latach 50. byliśmy tak blisko siebie. Dziś każdy gna w swoją stronę...
Opowiadam mu o szoku, jaki przeżyłam w związku z naszą przyjaźnią. To był dzień premiery "Listy Schindlera" Spielberga. Nagle na ekranie kinowym, wśród Żydów ocalonych z Holocaustu przez bohatera filmu, składających kamienie na jego grobie w Izraelu, zobaczyłam Ryśka...

Nigdy nam nie mówił, że nosi oświęcimski numer. Nigdy nie wspominał wojny. Nigdy nawet nie wspomniał, że był najmłodszym więźniem Auschwitz-Birkenau. Nie rozmawiał o tym.

- To źle czy dobrze? - pyta Rysiek. - Powiedz, bo to dla mnie ważne...
- Może źle? Dusisz to w sobie... Miriam Akavia, izraelska pisarka, mówiła mi, że o tym albo można mówić, mówić, mówić i nie sposób skończyć, albo trzeba milczeć. Bo to nie jest do opowiedzenia.
- Wybrałem milczenie. I chciałem zapomnieć. Musiało minąć wiele lat, zanim zacząłem szukać w sobie własnej prawdy o tamtym czasie. Ale gdybym miał całe życie przeżyć w jarzmie pamięci o Holocauście, nigdy bym nie stworzył tego, co stworzyłem...
- A jednak zrobiłeś katastroficzny cykl obrazów o zagładzie świata...
- To nie ma nic wspólnego z Holocaustem. Czasem mnie nawet wkurza, że część krytyków chce dowieść, że Holocaust tkwi w tym, co robię. Nie tkwi. Ze mną w ogóle jest dziwna sprawa. Ja nigdy, żyjąc w Polsce, nie odczułem na swojej skórze antysemityzmu. Nigdy. Może to sprawa środowiska, w którym przebywałem? W każdym razie nie mógłbym powiedzieć, że Polacy są antysemitami, boja takich Polaków nie znam. Ale mam przyjaciół, którzy padli ofiarą antysemityzmu. Ich rodziny zginęły w pogromach albo po Marcu '68 musieli przymusowo stąd wyjechać... Jak mam im tłumaczyć, że ja Polskę kocham, że mnie do niej wciąż ciągnie?
- No, jak? - pytam.
- Rozmawiając. Nie wolno milczeć, trzeba mówić. Bez dialogu antysemicka postawa części Polaków i poczucie krzywdy u Żydów mogą nie mieć końca i będą przechodzić z pokolenia na pokolenie. Musimy się o to spierać.
Zmieniamy temat, bo my w trójkę nie mamy o co się spierać. W naszym przyjacielskim kręgu nikt nikogo nie pyta o pochodzenie, religię, poglądy; wiemy, że zalety i wady rozkładają się bez względu na narodowość. Oceniamy charakter, inteligencję, talent. A to wszystko Rysiek ma w najlepszym gatunku.

Czasem nachodzą go Polacy, którzy wylądowali na nowojorskim bruku z marzeniami o wielkiej karierze...

- Jasne, nachodzą. Przez te wszystkie lata zawsze ktoś się pojawiał - potwierdza.
Niekiedy przyjazdy Polaków bywały zabawne. W latach 60. odwiedziło Ryśka... siedem "Filipinek". Mieszkał wtedy w ciasnym mieszkaniu na 30 Avenue i doznał wstrząsu. Potem przyjechał wzięty komunistyczny reżyser, który powiedział, że jeśli Rysiek mu pomoże, to on całkowicie przeobrazi amerykańską reklamę. Nie przeobraził.
- Wciąż ktoś przyjeżdża z nadzieją, że skoro tylu ludziom się udało, to im też. I dostają po tyłku. Proszą o wsparcie, o poradę. Mówię, że nie wolno im marzyć o forsie i karierze, że mają myśleć tylko i wyłącznie o pracy, muszą mieć pasję, mają szukać swojej drogi i całe życie się uczyć. Oni nie wierzą. I nadal mają nadzieję, że można podbić Nowy Jork z dnia na dzień i wyłącznie przez przypadek... Usiłowałem im pomóc, ale prawie nigdy się nie udało. Może zbyt wiele oczekiwali?

Jego zawodowe życie jest wypełnione bardzo ciężką pracą - i olśniewającymi sukcesami.

Dostał kilkadziesiąt światowych, najbardziej znaczących nagród, ale zapytany, którą ceni najwyżej, mówi: - Tę pierwszą, którą dostałem na studiach.
Rok 1963: w Instytucie Pratta, gdzie studiuje, Rysiek robi doroczną, pamiątkową księgę studentów, z budżetem 10 tysięcy dolarów. Po raz pierwszy w historii istnienia Instytutu księga zdobywa mnóstwo profesjonalnych nagród, włącznie z laurem Związku Grafików Reklamowych Nowego Jorku. Tego jeszcze nie było. Drzwi do kariery otwierają się szeroko - a jest to raptem czwarty rok Ryśkowego pobytu w USA.

Na całym świecie przedstawiają go jako "artystę z Polski" i cieszy go to. W setkach wywiadów prezentują go jako prekursora nowych technik fotografowania, nowych technik wykorzystywania komputera.

Jest ciągle tym samym Ryśkiem, z ujmującym, łagodnym uśmiechem i nie mającym poczucia, że zrobił światową karierę.
Kiedyś szedł Rynkiem Głównym z amerykańskimi przyjaciółmi, pokazał im starą kamienicę nr 24 i powiedział: "Takiego miejsca, jak to, nie ma w całym świecie. Takiego dzieciństwa i młodości, jakie tu przeżyłem, nigdy się nie zapomina".
W Nowym Jorku jest "silna grupa" polskich przyjaciół, z którymi się trzymają. Wszyscy zrobili kariery w "amerykańskim stylu" - ale też wszyscy włożyli w to nie tylko talent, ale i mnóstwo pracy: Urszula Dudziak, Janusz Głowacki, Zbigniew Rybczyński, Andrzej Czeczot, Rafał Olbiński. Był z nimi pisarz, Jerzy Kosiński, ale odszedł. Pozostało po nim niesamowite zdjęcie autorstwa Ryśka. Kosiński ma na nim oczy orła i kołnierz z orlich piór. Zdjęcie należy do sławnego cyklu "Ptaki", który zdobył mnóstwo nagród.

- Denerwują mnie ci, co wstydzą się pracować w reklamie lub traktują to wyłącznie jako maszynkę do robienia forsy, a nie drogę do sztuki - mówi Rysiek.

Co najbardziej lubi w nowej, wolnej Polsce?
-... młodzież - uśmiecha się Ania. - Uwielbia z nimi rozmawiać, a oni doskonale go rozumieją. Są swobodni, dociekliwi, otwarci, nie ma w nich ksenofobii, politycznych uprzedzeń, głupoty. Czasem myślę, że Rysiek przyjeżdża tu także dla nich.
Chcę się dowiedzieć, w jakim stopniu czują się Polakami, a w jakim Amerykanami.
- To proste: jesteśmy Polakami mieszkającymi w Ameryce - stwierdza Ania. - Nie ma w nas żadnego rozdwojenia - dodaje Rysiek.
Znany szwajcarski tygodnik wywiad z nim zatytułował "Polski fotograf" - a przecież Rysiek od 42 lat żyje w USA i teoretycznie tytuł mógłby brzmieć "Amerykański fotograf". Na jego wystawach tłoczy się młodzież - i z dreszczem emocji ogląda to, co jest jej bliskie: zdumiewającą wizyjność, siłę kreacji, wyprzedzającą czas technikę. Rzeczywiście: jest tylko jeden człowiek w świecie, który jako pierwszy wzniósł reklamę na wyżyny sztuki: Rysiek Horowitz.
...no i gnają dalej. Ania, jak zwykle piękna, w toczku i w woalce (wygląda w niej jak Anna Karenina). Rysiek, wciąż ten sam, z nieodmiennym uśmiechem, który wzbudza odruch sympatii, choć pokrywa nim nadwrażliwą naturę, i o tym, co go gryzie, wie tylko Ania.
- Do kolejnego maila - mówimy sobie. "Jednak te maile to cudowny wynalazek", napisał mi ostatnio Rysiek.
Internauci mogą obejrzeć niezwykłą stronę w Internecie:
http://www.ryszard-horowitz.com
On nawet tego "w" w nazwisku nie zamienił na bardziej amerykańskie "v"...


Dorota Terakowska


Poprzednia strona