a tak się dobrze zapowiadała...
ja - i moje książki
ja - i moja rodzina
ja - i moje zwierzęta
inni o mnie
rozmaitości
trofea
Dorota Terakowska - strona główna


Rywalizacja z klasykami

Przeciągali przez nasze ziemie znacząc ślad tego przejścia kamiennymi kręgami. W owej wędrówce budowali sanktuaria na szczytach wzgórz i ociosywali głazy w ludzki i zwierzęcy kształt, by po tysiącach lat przemieniały się w skamieniałych pielgrzymów naszej wyobraźni. Na naszych dębach szukali druidycznej złotej gałęzi, jemioły, którą ścinali świętymi sierpami przybrani w białe szaty kapłani. W ogromnych koszach plecionych z wikliny palili jeńców w ofierze swoim bogom.
Mowa o Celtach, a konkretnie o licznych plemionach celtyckich zamieszkujących Europę Zachodnią, które w ostatnich wiekach ostatniego tysiąclecia przed Chrystusem przemierzały w wędrówkach bez końca pasma górskie i nurt potężnych rzek, bezkresne bagna i nie mające kresu bory, by wreszcie stracić swoją tożsamość kulturową czy to pośród stepowych plemion, czy między germańskimi rodami, roztopić się w żywiole słowiańskim lub zbłądzić między Ilirów.
Dlaczego piszę o Celtach? Bowiem najtrwalszym elementem ich dziedzictwa okazała się legenda i baśń, z samej natury rzeczy ulotne i trudne do zdefiniowania. Wszelako uczeni mężowie dowiedli, że elementy celtyckie określają i opowieść o Tristanie i Izoldzie złotowłosej, i podania o królu Arturze i rycerzach Okrągłego Stołu, i legendę o Avallon, zagubionej w wodach oceanu wyspie umarłych, i liczne żywoty świętych i błogosławionych, by wspomnieć chociażby żywot chwalebnego Patryka z Irlandii.
W naszych czasach mroczny świat celtyckiej fantazji natchnął wielu literatów do kreacji własnej wizji czegoś, co sytuuje się na przecięciu pewnego rodzaju moralitetu ożenionego z ubaśniowioną mitologią. Tak jest w znanym cyklu J. R. R. Tolkiena lub w powieściach Ursuli Le Guin, te kreacje literackie są w oczywisty sposób zakotwiczone w celtyckim kręgu kulturowym, czemu zresztą nie należy się dziwić, zważywszy pochodzenie twórców. Zdumiewające jednak, że w ów mroczny świat Czarnych Rycerzy, Krzyczących Kamieni, druidycznych kręgów menhirowych przypominających Stonehagen, czarownic i wieszczków, wchodzi z powodzeniem polska autorka.
Dorota Terakowska, bo o niej mowa, w Córce Czarownic okazuje się równa swoim mistrzom. Świat wędrówek Luelle, Dziecka - Dziewczynki, Panienki, Dziewczyny, a wreszcie Królowej, mógłby być także rozrysowany mapą podobną do tych, w które Tolkien zaopatrywał królestwo hobbitów.
Cykl dojrzewania Luelle okupiony poświęceniem kolejnych Sióstr Starszych, Czarownic, nosicielek tajemnicy i tradycji, strażniczek Pieśni Jedynej, w jakiś sposób może stanowić analogię do dorastania Sir Lancelota czy Sir Parsivala do świadomego przejęcia wielkiego dziedzictwa tradycji i przeszłości. Terakowska prowadzi swoją bohaterkę pozornie przez krąg doświadczeń najprostszych, każąc jej odkrywać trud wysiłku, głód i pragnienie, lęk i nienawiść, wdzięczność i lojalność, dumę i pogardę. Tyle że kolejne Czarownice, preceptorki i opiekunki księżniczki, działają w konspiracji, co nadaje tej opowieści fantasy pewien odcień aktualny, jakoś zespalający żywe dziś nad Wisłą i Odrą rodzime klechdy z celtyckim nurtem stale obecnym w powieści Terakowskiej.
Istniało ongiś Wielkie Królestwo rządzone przez dwudziestu czterech władców o imieniu Luil. Każdy z kolejnych Luilów obdarzał czymś ważnym swój lud, budując królestwo idealne, w którym strażniczkami mądrości i tradycji były Czarownice. By objąć władzę, należało wstąpić na Święty Kamień, posiadający moc rozpoznawania czystości intencji królewskiego potomstwa. Królestwo kwitło, owocowały sady, dojrzewały zboża, bardowie uczyli Pieśni Jedynej mieszkańców Wsi i Miasteczek, Czarownice gromadziły mądrość niczym pszczoły miód z kielichów kwiatów i dlatego król Luil XXIII postanowił zlikwidować stan rycerski, zaś Luil XXIV rozkazał zniszczyć i zakopać wszystko to, co mogłoby służyć przemocy. A wtedy na bezbronne Wielkie Królestwo spadli czarni Urghowie i przemienili szczęśliwych jego mieszkańców w przerażoną rzeszę niewolników, żyjących pod batem Najeźdźdców. Przemądre Czarownice (zostało ich tylko pięć, resztę Najeźdźcy spalili na stosach) ocaliły życie małej królewny i wychowały ją wpajając dziewczynie te wszystkie cnoty, którymi winna się odznaczać władczyni Wielkiego Królestwa.
Ta edukacja dokonywała się w stałym śmiertelnym zagrożeniu: nad dziewczynką unoszą się czarne skrzydła śmierci, chociaż każda z kolejnych Opiekunek służy jej swoją magiczną sztuką, a w ostatecznej potrzebie poświęca się, by ocalić Luelle. Czyniąc to, wypełniają proroctwa Pieśni Jedynej, ale, kiedy przyjdzie dorosłej już królewnie odbyć Próbę Kamienia, okaże się, że trud Opiekunek poszedł na marne, Wyroczny Głaz odrzuca Luelle.
W najsłabszej chyba, końcowej części powieści Terakowskiej okazuje się, że kandydatce na władczynię, która pognębi okrutnych Urghów, Czarnych Najeźdźców, brakuje dobroci i umiejętności poświęcania siebie samej w służbie innych ludzi. Pielęgnując chorych i umierających w samotni Pustelnika, Luelle zyskuje i te potrzebne przyszłej królowej cnoty. Teraz przepowiednie Pieśni Jedynej mogą się wypełnić.
O tym wszystkim opowiada Dorota Terakowska językiem bogatym i giętkim, logicznie akcentując wagę poszczególnych epizodów i umiejętnie stopniując napięcie. Czytelnik może z zaufaniem zagłębić się w mroczny świat ukrywający królewską córkę i jej kolejne Opiekunki, świat, gdzie galopują czarne rumaki czarnych jeźdźców i gdzie wiatr rozwiewa popioły niedopalonych stosów, świat, gdzie o wschodzie słońca w jeden jedyny dzień roku rozpęka się skalna ściana dając dostęp do pieczary kryjącej Wyroczny Kamień.
Można by mieć pretensję do autorki, że może zbyt wyraźnie wyartykułowała w Córce Czarownic swoje przesłania wychowawcze (tak właśnie - wychowawcze!) obarczając wiotką materię fantasy rolą nośnika przestań moralizujących, lecz zważywszy, ile musiał doznać i przeżyć młodziutki Parsival, nim ujrzał niegodnymi oczami świętego Graala, można uznać te zastrzeżenia za najzwyczajniejsze grymasy. Dorota Terakowska napisała na pewno dobrą powieść w określonej konwencji i w określonym klimacie baśniowym, okazując się pojętną uczennicą klasyków gatunku. Jednak, jeśli chodzi o mnie, najdoskonalsze nawet naśladownictwo oddałabym za fantasy zrodzone z naszej własnej tradycji, naszych własnych legend, naznaczone naszą odmiennością. Taka książka jeszcze nie powstała, więc cieszmy się tym, co jest: dziwną, gęstą opowieścią o poszukiwaniu własnej tożsamości w Królowej Niewidzialnych Jeźdźców Tomaszewskiej i mroczną wędrówką królewny Luelle ku światłu i prawdzie w Córce Czarownic Terakowskiej.


Ewa Nowacka
Nowe Książki 5/92


Poprzednia strona