a tak się dobrze zapowiadała...
ja - i moje książki
ja - i moja rodzina
ja - i moje zwierzęta
inni o mnie
rozmaitości
trofea
Dorota Terakowska - strona główna


Tęsknota do baśni

Córka Czarownic, druga książka Doroty Terakowskiej, jak wiadomo została wpisana na Honorową Listę im. H. Ch. Andersena; trzecia, Lustro pana Grymsa, drukowana w odcinkach w "Gazecie Wyborczej", ukazać się ma nakładem "Naszej Księgarni". Tymczasem, gdy drugiej już, a trzeciej jeszcze nie ma, otrzymaliśmy wznowienie pierwszej, debiutanckiej: Władca Lewawu. Debiut debiutowi nierówny: Terakowska długie lata była (i nadal jest) dziennikarką, warsztat więc ma opanowany. Podobnie jak realistyczny zmysł szczegółu, widoczny zwłaszcza w opisach Krakowa - tego prawdziwego i tego wymyślonego. Władca... bowiem, podobnie jak następne książki Terakowskiej, jest powieścią fantastyczną.
Pomysł i punkt wyjścia fabuły jest tak prosty, aż można się na niego skrzywić, a w dodatku nienowy: druga rzeczywistość wydaje się lustrzanym odwróceniem pierwszej (Lewis Carroll), lecz tak naprawdę zabieg ogranicza się praktycznie do warstwy językowej: Lewaw to Wawel, Ketrab to Bartek... Ulice i miejsca obu miast są podobne, chociaż nie całkiem. No i najważniejsze: baśniowa - a raczej fantastyczna - rzeczywistość jest naturalnie piękniejsza. Powietrze Wokarku jest prawdziwym powietrzem, a nie "mieszaniną przemysłowych pyłów, siarki, ołowiu i dwutlenku węgla", mieszkańcy zaś, zwani Allianami, przypominają "wiotkie, złotowłose księżniczki z ilustrowanych baśni... Tak śliczne, że aż nieprawdziwe". Jak można się domyślić, uroda pierwszego wrażenia jest powierzchowna: nad miastem i ludźmi ciąży zły czar albo, jak częściej bywa w fantasy, przekleństwo. Bartek, mimowolny podróżnik i łącznik między obu światami, będzie oczywiście baśniowym wyzwolicielem. W Krakowie jest samotnym i nic nie znaczącym sierotą, w Wokarku - bohaterem. "Myślę, że mając... normalny rodzinny dom, nigdy nie trafiłby do... tajemniczego miasta Allian... Zaprowadziły go tam tęsknota i marzenie" - pisze narratorka. Kłania się tu i Astrid Lindgren (Mio, mój Mio), i Tadeusz Konwicki (Zwierzoczłekoupiór), by na nich poprzestać. Dalej historyjka jest też prosta, z łatwo dającym się przewidzieć finałem. Bohater zwycięża i uszczęśliwia, sam także zmieniony i bogatszy wewnętrznie. Lecz niezupełnie.
Po pierwsze, oba światy istnieją równie realnie - równolegle i niezależnie od siebie. Dla nas baśniowy jest Wokark, dla Allian - Kraków; wszystko zależy od punktu widzenia. Naprawdę też kiedyś łączyło je przejście, które już znikło. Bartek zaś jest mieszkańcem obu. Urodzony tam, wychowany tu - wszędzie tęskni. Trudno się jednak dziwić, że wybrał Wokark: nie tylko dlatego, że okazał się tam kimś, lecz również (a może przede wszystkim), że odnalazł rodzinę oraz, jak wierzy narratorka, "swój własny sens życia". Po drugie, i zapewne ważniejsze (czy nie dlatego Władca trafił na listę szkolnych lektur?), książka niesie przesłanie ideologiczne. W baśniach i fantasy upostaciowaniem zła jest smok, czarodziej lub tyran; tu jest ono wszystkim naraz (pająk jest równie straszny i jeszcze obrzydliwszy niż smok- można o tym przeczytać i u Marii Kruger, i u Stephena Kinga). Trochę niepokojącą, bo zbyt dla nas realną nowością jest to, że nie zdradzając swego imienia, potwór każe mówić na siebie Zdów (po krakowsku: Wódz). Jeszcze bardziej - że w odróżnieniu od baśniowych tyranów nie ginie (ani też nie okazuje się zepsutym wskutek braku miłości dzieckiem), lecz tylko odchodzi. Tyrania jest wieczna, l niestety, nawet przepędzona, lubi wracać. Trzecim, najgorszym powodem do niepokoju jest przekonanie, że korzenie tej tyranii tkwią głęboko w nas samych. We Władcy Lewawu jest ono ledwie zasygnalizowane, ledwie widoczne w tle wieńczącej koniec nadziei, ale dociera do nas wyraźniej, gdy czytamy powieść teraz, po trzynastu latach od jej powstania. Po tej książce, choć przypomina baśń (lub fantasy), bardzo wyraźnie widać, gdzie i kiedy była pisana. Także w tym, że w odróżnieniu od baśni (lub fantasy) nie zawiera tradycyjnej obietnicy długiego i szczęśliwego życia, lecz tylko nadzieję.
Allianie dopiero uczą się tego, że są wolni. Za długo byli niewolnikami Nienazwanego, by umieli od razu mądrze wykorzystać swą wolność. Co jakiś czas wybuchają wśród nich spory i kłótnie. Swój świeżo zrodzony gniew i bunt jeszcze nie zawsze umieją opanować. Bardzo często w sporach górę biorą nie najmądrzejsi, lecz najbardziej hałaśliwi, i oni próbują narzucić reszcie swoje racje. Ale pomimo to głęboko wierzę... że Allianie powoli nauczą się wszystkiego, i że dla ich dzieci... wolność będzie darem zupełnie naturalnym". Taka wiara to piękna rzecz. Nawet, a może zwłaszcza, jeżeli Wokark nie istnieje. "Niekiedy zastanawiam się, czy Wokark nie był miastem utkanym z tęsknoty i marzeń tego chłopca" - czytamy na początku książki. Naprawdę, niczego nie można być pewnym.


Zofia Beszczyńska
Guliwer 1996


Poprzednia strona