a tak się dobrze zapowiadała...
ja - i moje książki
ja - i moja rodzina
ja - i moje zwierzęta
inni o mnie
rozmaitości
trofea
Dorota Terakowska - strona główna


Nim rozpoczęliśmy z Dorotą Terakowską rozmowy, które złożyły się na książkę "Być rodziną", wiedziałem tylko, że była redaktorem "Gazety Krakowskiej" w 1980 r. Dobrym redaktorem; był to przecież czas, w którym "GK" była gazetą najbardziej w kraju czytaną.


Dorotę Terakowską poznałem dzięki pani Małgorzacie Nyczowej - dyrektor Wydawnictwa Literackiego w Krakowie. Słyszałem, że jest inteligentna i niekonwencjonalna, a rozmowy z nią mogą być ciekawe. Wiedziałem, że jest żoną Macieja Szumowskiego, dziennikarza i reżysera filmów dokumentalnych. Pamiętałem też, że jedna z córek pani Doroty usiłowała porwać samolot w Balicach pod Krakowem w czasie stanu wojennego. Miała wtedy 15-16 lat i aresztowano ją wraz z jej chłopcem. W środowisku psychiatrów żywo się o tym dyskutowało, ponieważ ocenialiśmy stan psychiczny nastolatków...

Dorota Terakowska nie bawiła się w sentymentalne wspominanie: "Ach, jak to kiedyś było świetnie, kiedy występowałam w Piwnicy pod Baranami, a Wiesław Dymny zaangażował mnie jako girlsę w Klubie pod Jaszczurami”. To nie był jej styl. W trakcie naszej "rozmowy o życiu" wiele sobie przypominała i chętnie o tym opowiadała, ale nie miała zestawu idealizujących siebie konwencjonalnych wspomnień.

To, co jest w naszej pamięci i świadomości, co możemy przedstawić światu, kształtując siebie w jego oczach, oddaje także sposób, w jaki chcemy świat postrzegać. Jej idealny obraz świata nie był konwencjonalny, podobnie jak jej wizja siebie samej: uważała się za osobę bystrą, inteligentną, śmiałą, jasno formułującą opinie, nawet jeśli komuś nie sprawiłyby one przyjemności. Z drugiej strony np. nie wahała się przyznać, że jednak nie ma racji, przemyślała sprawę i zmienia zdanie.

***

Na rozmowy przynosiła torebkę "swoich" fistaszków (żadnych innych nie chciała). Stawiała je obok dyktafonu, piła wodę i paliła papierosy. Ja z kolei piłem kawę i paliłem fajkę. Jej sposób rozmowy czasem mnie złościł. Potrafiła przerwać, bo przypomniało jej się coś ważnego, albo uważała, że przyjmuję ton wykładowcy i będzie to niestrawne dla czytelników.

Nigdy nie przerywaliśmy nagrania, żeby "porozmawiać naprawdę". Na dodatek, niczego nie odrzuciła. Z niezwykłym talentem połączyła różne wątki i tematy tak, że nie straciły na znaczeniu.

A przecież zdarzało się w historii, że mądre myśli nie były podejmowane i odnajdywano je po latach. To zaś, co zdobywało zainteresowanie, niekoniecznie było najwyższej próby. W rozmowach z Terakowską starałem się przekazać, że nie mam absolutnej wiedzy. Kiedy po jej śmierci sięgnąłem po jej ostatnią powieść "Ono", odnalazłem ten sam wątek, a nawet sekwencję w postawie pisarki, do której dociera bohaterka, szukając odpowiedzi na zasadnicze dla niej pytanie. To książka o głębokim przekonaniu matki dziecka nienarodzonego, że to dziecko jest partnerem w dialogu, a ona za niego odpowiada. A właściwie jest to pretekst do opisu naszego świata, naszych czasów i tego, co robimy ze swoim życiem.

W czasie pracy nad wspólną książką spieraliśmy się. A tu, w "Ono", napisanym przed rozmowami, odkrywam to, z czym zgadzam się w całej rozciągłości. Choćby odwołanie do wartości sokratejskiego rozumienia rozmowy, pochwała rozmawiania czy przekazywania treści obok słów lub poza nimi. Wartość podążania za rozmówcą, zaciekawienia się tym, co ma do powiedzenia. Przewaga uważnego słuchania nad dawaniem rad i odpowiedzi.

***

Nie wiedziałem, że jest chora, a przynajmniej - nie powiedziała mi tego wprost. To zawsze pewien kłopot: kiedy i z kim człowiek powinien podzielić się taką informacją. W drugiej części "rozmów o dobrym życiu", poświęconych czasowi po skończeniu 25 lat, jest fragment o tym, czego boją się ludzie troszcząc się o zdrowie. Opowiedziała o wizycie u zaprzyjaźnionego lekarza, któremu zwierzyła się z lęku, że ma raka. Ten rozwiał jej obawy, mówiąc, że kancerofobia jest lękiem powszechnym. Sprawiło jej to ulgę. "Nie wiadomo, co lepsze: mieć kancerofobię i zawsze się bać, czy też potwierdzić przypuszczenia i zacząć się leczyć" - taki był morał tej rozmowy.

Temat śmierci pojawiał się w dalszym ciągu. Sam go wprowadzałem, bo uważam stosunek człowieka i kultury do śmierci za sprawę ważną. Dla Terakowskiej byłem pesymistą, który opowiada straszne rzeczy, że człowiekowi w pewnym momencie nie zostaje już nic poza przygotowaniem się na śmierć; mimo, że na świecie, niezależnie od naszego wieku, wciąż jest tyle atrakcji. Ona nie miała zamiaru czekać. Dla niej czekanie byłoby rzeczą straszną. Lepiej cieszyć się każdym dniem, który jeszcze się ma: coś jeszcze można zrobić, przeżyć. Mieć satysfakcję, jakby niezależnie od tego, że "skraca się perspektywa". Nie mówiliśmy jednak tego w kontekście osoby, u której zdiagnozowano chorobę terminalną, ale z racji osiągnięcia pewnego wieku, np. 60 lat, kiedy przeżyło się więcej niż połowę swojego czasu.

Rozmawialiśmy do maja 2003 r. Latem kontaktowaliśmy się głównie via e-mail. Ona była wtedy na Mazurach, ja nad morzem. We wrześniu straciła psa i dużo o tym pisaliśmy. Dopiero potem wysłała do mnie maila, że właśnie ma przed sobą "chemię" i rozpoczęły się bardziej osobiste rozmowy: bo byłem lekarzem, psychiatrą, jakoś już zaprzyjaźnionym dzięki współpracy przy książce.

Po jej ukazaniu się dostałem od Doroty propozycję uzupełnień do części drugiej. To nie były standardowe uwagi, że mam coś dodać albo napisać bardziej zrozumiale. Dostałem serię pytań dotyczących umierania, a właściwie trudnych sytuacji, jakie mogą pojawić się w rodzinie, kiedy człowiek jest chory terminalnie. Pytania były jednak zdystansowane i zadane bezosobowo: jak dalece można obciążyć bliskich swoim chorowaniem; o czym powinno się z nimi rozmawiać. Miałem odpowiedzieć na pytania, ona tymczasem pójdzie na kolejną "chemię", potem będą święta, a potem jeszcze do tego wrócimy. Ale już nie wróciliśmy...

Nie wiem, czy pytania dyktowało jej osobiste doświadczenie i szukała wskazówek, czy też dostrzegła, że nasze dotychczasowe rozmowy na ten temat były niepełne. Dodatkowych pytań i odpowiedzi w książce nie znalazłem. Jeśli zdecydowała, że pozostawi je w szufladzie - tam pozostaną.

Jacek Bomba /2004-02-08 (opr.: Anna Mateja)


Poprzednia strona