a tak się dobrze zapowiadała...
ja - i moje książki
ja - i moja rodzina
ja - i moje zwierzęta
inni o mnie
rozmaitości
trofea
Dorota Terakowska - strona główna


Felietony do Elle



Każdej z was - bez wyjątku - życzę, abyście w dniu Wigilii choć raz przeżyły to, co ja, jako matka 12-letniej wówczas Małgosi. Byłam zmuszona przejść bardzo trudny test na człowieczeństwo i ....moje dobre mniemanie o samej sobie najpierw legło w gruzy, potem lekko się podniosło, a następnie zatrzymało się na poziomie, jaki określa się mianem "stany średnie".

...to był bodajże rok 1988. W ten wigilijny wieczór jak zwykle mozolnie lepiłam uszka (zawsze usiłuję wcisnąć rodzinie gotowce i rodzina zawsze krzyczy, że wykluczone, bo uszka muszą być domowej, w dodatku mojej roboty i wtedy ja, osoba zazwyczaj odporna na takie argumenty, zawsze się poddaję. Bo co Boże Narodzenie, to Boże Narodzenie). Mąż odpowiedzialnie mieszał kapustę z grzybami, starsza córka rozstawiała talerze, a ja zastanawiałam się, gdzie znikła Małgośka. Niby to wybiegła na krotki spacer z psem, tyle że pies był, a jej nie było. Wpadłam do pokoju, sprawdzić, czy wszystko w porządku. Owszem, w porządku: wyjątkowo solidnie wysprzątane, nawet po kątach, w rogu zielono-srebrna choinka, na stole biały obrus i cztery komplety talerzy.

- ...a gdzie piąty? - zawołałam gniewnie. - Ile lat was uczę, że musi być jedno nakrycie dodatkowe, dla niespodziewanego gościa, bo może przyjść ktoś samotny, nieszczęśliwy, albo bezdomny! Mówię i mówię, a wy znowu stawiacie tylko cztery! Ten piąty talerz to symbol! Kaśka posłusznie dostawiła piąte nakrycie - talerz płytki, głęboki, deserowy, szklankę na kompot z suszu, kieliszek na wino - a ja ponownie ruszyłam do kuchni. Mąż kosztował barszcz, smażony karp "dochodził" w piekarniku, pachniało grzybami i choiną. Pierwsza gwiazdka zapewne już wzeszła gdzieś za miejskim smogiem i była najwyższa pora, by zgasić górne światło i zapalić świece, grzejąc się jedynie w blasku choinkowych lampek, świec i rodzinnych, kameralnych uczuć. W ciągu roku prawie nigdy nie mamy na to czasu, więc każdą Wigilię celebrujemy z najwyższa przyjemnością.

- ...ale gdzie ta Małgośka?", spytała starsza córka - i w tym momencie otworzyły się drzwi. Do mieszkania wtargnęła Małgośka - ale nie sama. Razem z nią wkroczyła nieznana nam, drobna i wystraszona staruszka, patrząc spłoszonym wzrokiem. Pies zaczął powarkiwać - obcy w domu? w wigilijny wieczór?! nawet jemu nie mieściło się to w brązowym łbie - a my patrzyliśmy po sobie z rosnącą paniką. "Kto to?”, spytał szeptem wystraszony mąż. Wigilia to przecież jedyna taka pora w roku, gdy nikomu nie składa się wizyt, bo to naprawdę święto rodzinne i intymne. A tu nagle obcy w domu...!"Nie wiem kto to!", odszepnęłam z irytacją.

- Kto to? - spytała głośno starsza córka, przytrzymując psa i patrząc ze zdumieniem to na niespodziewanego gościa, to na nas. A wtedy Małgośka objaśniła z radosnym triumfem:
- Ta pani jest do naszego piątego talerza!
Zaniemówiliśmy. Ale na krótko.
- Do piątego talerza? - powtórzyła zdumiona Kaśka i dorzuciła odruchowo: - Przecież piąty talerz ma być pusty!
"Jasne, że piąty talerz ma być pusty. Przecież to tylko symbol...Co jest, do diabła?", pomyślałam z rosnącą złością.
-To znaczy, że ta pani... - zaczął niespokojnie mąż i urwał.
- ...przyszła do nas na Wigilię! - zakończyła radośnie Małgośka.
Znowu zapadła niespokojna cisza. Obca staruszka w naszym przedpokoju, na pięć minut przed wniesieniem na stół wazy z barszczem i uszkami, zwyczajnie nie mieściła się nam w głowie.
- Zajmijcie się panią, a Małgośkę proszę do kuchni - powiedziałam z problematyczną godnością.
Mąż z rozpaczliwym uśmiechem zaczął zdejmować płaszcz ze spłoszonej staruszki, a starsza córka pobiegła sprawdzić kompletność piątego nakrycia.
- Co jest, do cholery?! Przyprowadzasz nam obcą osobę na Wigilię?! - warknęłam w kuchni, a to warczenie wzmogło się na widok szerokiego uśmiechu Małgośki. - Z czego jesteś taka zadowolona?- syknęłam. - Przecież psujesz nam święta!
- Ale to naprawdę jest samotna, nieszczęśliwa i prawie bezdomna staruszka! Wzięłam ją z domu starców - szepnęła trochę nerwowo młodsza córka. - Przecież zawsze powtarzałaś, że ten piąty talerz..
. - Posłuchaj, oślico, piąty talerz to tylko taki obyczaj i nikt, do cholery...- zaczęłam z furią - i nagle zamilkłam. "Rany boskie, za kilka godzin będzie dwunasta i mój pies oraz dwa koty odezwą się w tę noc ludzkim głosem, a ja...a ja...a ja WARCZĘ! I o co! O to, że przy piątym talerzu NAPRAWDĘ zasiądzie ten niespodziewany przybysz, na którego ten talerz bezskutecznie czeka od tylu lat....".
- Mamo? Mamo... - powiedziała z dziecięcą bezradnością Małgosia, a ja nagle objęłam ją.
- No jasne. Jasne! Samotny i niespodziewany gość do piątego talerza. Fajnie wymyśliłaś - powiedziałam znienacka ludzkim głosem i ruszyłam do pokoju z wazą. Przy dzieleniu się opłatkiem staruszka życzyła nam, aby nasze dzieci nigdy o nas nie zapomniały. Przy barszczu opowiedziała o trójce swoich dorosłych dzieci, które zapewne też gdzieś jedzą barszcz, ale bez żadnych staruszek. Przy rybie staruszka opowiedziała nam, jak jej mama przyrządzała karpia po żydowsku i jak nigdy nie udało się tego nauczyć żadnej z córek, a przy kapuście z grzybami wspomniała wigilie swojego dzieciństwa na kresach, gdy przy stole zasiadało szesnaście osób i chórem śpiewali kolędy. Przy kompocie staruszka nauczyła nas wszystkich zwrotek "Bóg się rodzi" (a wcześniej docieraliśmy tylko do drugiej zwrotki) , a przy serniku poprosiła o cztery dodatkowe kawałki dla współlokatorek z domu starców, dla których nie znalazł się niegdzie ani piąty, ani szósty czy ósmy talerz.


Kolejna strona Poprzednia strona