a tak się dobrze zapowiadała...
ja - i moje książki
ja - i moja rodzina
ja - i moje zwierzęta
inni o mnie
rozmaitości
trofea
Dorota Terakowska - strona główna


Felietony do Elle



Kretyński dar dla potomstwa

Gdy byłam osobą nieletnią, ojciec i mama torturowali mnie psychicznie, usiłując przekazać cząstkę swojego doświadczenia, które uważałam za zbędne i kretyńskie. Mama uczyła mnie prasować męskie koszule, twierdząc, że kiedyś będę mieć męża, który nigdy nie ogarnie tej sztuki rozumem - i demonstrowała, że najpierw prasuje się kołnierzyk, potem karczek, rękawy, tył i na końcu to, co najważniejsze, czyli oba przody. Przysięgałam, że nie chcę mieć męża, byle nie prasować. Na szczęście w tym samym czasie moja przyszła teściowa uczyła prasować mojego przyszłego, też nieletniego wtedy męża, tłumacząc, że niewątpliwie pozna kiedyś idiotkę, która zostanie jego żoną i nigdy nie ogarnie rozumem trudnej sztuki prasowania męskich koszul. W efekcie dzisiaj, na widok żelazka i koszuli, mój mąż rzuca się z okrzykiem: "Ja to zrobię lepiej!", a gdy go nie ma w pobliżu, prasuję szybciutko kołnierzyk i oba przody, a potem mówię ostrzegawczo: "Pamiętaj, żeby nie zdejmować marynarki!". Nauki nie poszły w las, zapamiętałam co w męskiej koszuli jest najważniejsze i oszczędzam masę czasu.

Drugim narzędziem tortur były skarpetki. Większość młodych czytelniczek "Elle" nie wie, że cerowanie skarpet w PRL było nie tyle obowiązkiem, ile koniecznością. Przy sporym szczęściu udawało się zdobyć dwie pary na rok, głównie spod lady. Cerowanie polegało na precyzyjnym przeplataniu niteczek i czyniłam to z płaczem, powtarzając, że jak będę duża i bogata, to dziurawe skarpetki będę wyrzucać do śmieci. W PRL brzmiało to jak bajka, tymczasem dziś faktycznie je wyrzucamy, nie tyle z powodu bogactwa, ile z ich nadmiaru i niskich cen (po cholerę wam skarpety za 150 złotych?! I tak pójdą do zsypu, a tylko idiota wpatruje się komuś w stopy!). Za to "skarpetkowym" ściegiem, potrafię tak zaszyć dziurę w ulubionym ciuchu, że nikt nie wie, gdzie była.

Trzecim narzędziem tortur były druty do robienia swetrów. Oczka ślizgały się na metalu (plastikowych drutów nikt jeszcze nie wymyślił), w każdym rzędzie gubiłam oczka i lałam łzy nad tą głupią robotą. Ale gdy w stanie wojennym wyrzucono mnie z dwóch redakcji ("Przekrój" i "Gazeta Krakowska"), okazało się, że umiem robić swetry kolorowe, jak anielskie skrzydła i że zarabiam lepiej, niż jako dziennikarka. Pamiętam do dziś Korę z Manaamu, jak siedzi na moim pniu do ostrzenia kocich pazurów i z ekspresją opowiada co słychać w stolicy i w ogóle (zrobiłam jej 3 swetry), albo Martę Meszaros, reżyserkę filmową, żonę Janka Nowickiego (dwanaście swetrów! Marta...? Tapetowałaś nimi ściany...?!). I tak to narzędzie tortur uratowało mnie i moją rodzinę przed śmiercią głodową, bo pracy w zawodzie nikt nie chciał mi dać - a i ja jej nie chciałam - a o trzech powieściach wydawcy mówili, że są "fatalne" (dziś znajdują się w lekturach szkolnych i w kanonie książek dla młodzieży. Bo to ja byłam "fatalna", a nie powieści).

Dla odmiany ojciec torturował mnie stopkami i przyrządami elektrycznymi. Stopek też nie było, a wszystkie lampy były do siebie podobne. Mamrotałam pod nosem przekleństwa, bo byłam złą dziewczynką, a rękami przeplatałam cierpliwie cienki, miedziany drucik. Ja wiem, że jest to sposób niedozwolony w czasach, gdy stopek jest mnóstwo, ale uwierzcie, że gdy się tkwi na mazurskiej wsi, w odległości 30 kilometrów od sklepu, to umiejętność naprawienia stopki jest lepsza, niż siedzenie w ciemnościach. Nauczyłam się też naprawiać zepsute żelazka i lampy - drucik do drucika i zaizolować. Z pierwszą w życiu naprawioną lampą poszłam do sąsiada, prosząc by włożył wtyczkę do kontaktu, bo uznałam, że lepiej gdy jego kopnie, niż mnie (ze złej dziewczynki wyrosłam na osobę o względnej miłości do bliźnich). Wybrałam sąsiada nie lubianego, który miał wobec mnie nieczyste sumienie. I wyobraźcie sobie: nie kopnął go prąd, bo lampa była naprawiona z nieludzką precyzją!

Piszę to wszystko, bo myślę, że z racji wieku - a jestem od was o wiele starsza - mam obowiązek podzielić się doświadczeniem. Więc przekazuję wam radę drogocenną: choćby wasze nieletnie córki miały płakać, nauczcie je jakiejś kretyńskiej, pozornie zbędnej umiejętności. Nie wiem co by to mogło być, wyboru dokonajcie wedle własnego uznania i na miarę czasu, w jakim żyjecie - a jest to całkiem inny czas. Przysięgam, że po wielu latach okaże się, że będzie ta umiejętność bezcenna dla waszych córek i to w najmniej spodziewanym momencie.

Aha...Moje dwie córki nauczyłam między innymi mocnego uścisku dłoni. "Podawajcie rękę do powitania ze stanowczą energią, a nie jak zdechłego karpia" - powtarzałam cierpliwie przy kolejnych, nieudanych próbach, a one wrzeszczały: "A czy to ważne?! Co ty z tą ręką...!" Dziś, już przy powitaniu, wielu mężczyzn mówi im z zaciekawieniem: "Pani to musi mieć charakter. Co za siła w tej drobnej dłoni...". No i o to chodzi. O kretyński, z pozoru mało praktyczny dar. Pamiętajcie.


Kolejna strona Poprzednia strona