a tak się dobrze zapowiadała...
ja - i moje książki
ja - i moja rodzina
ja - i moje zwierzęta
inni o mnie
rozmaitości
trofea
Dorota Terakowska - strona główna


Felietony do Elle



Dizajnerka

W mojej znajomej odezwała się artystka. Zawsze się odzywa, od lat, choć studia dały jej porządny fach, którym wzgardziła."Przecież nie będę nauczycielką!" - tłumaczyła tak, jakby było oczywiste, że jest ponad. Ponad nauczycielami.

Dziesięć lat temu chciała projektować biżuterię, ale nie doczekaliśmy się wzoru choćby kółka do nosa. Osiem lat temu uznała, że fascynuje ją fotografia i człowiek nie mógł się ruszyć, by mu nie zastawiła mu drogi, oślepiając fleszem. Pięć lat temu zastanawiała się nad dagerotypią, potem nad redagowaniem prozy dla jakiegoś wydawnictwa, później chciała pracować w filmie. Wreszcie wyszła za mąż, urodziła dzieci i marzenie o uprawianiu sztuki ją opuściło. Odkryła uroki "nicnierobienia" przy dobrze zarabiającym mężu, czasem coś ugotowała (głównie makaron na różne sposoby), ale najczęściej wlokła rodzinę do knajpy lub zamawiała gotowce przez telefon.

Mijały lata, dzieci rosły i w zasadzie trudno było się spodziewać, że po czterdziestce znów muza walnie ją skrzydłem w głowę, w trakcie gotowaniu makaronu ("pasty", jak mówiła) lub polewania sałaty jogurtem z czosnkiem ("dipem"). A jednak...
- Wiem, kim chcę być - powiedziała przez telefon. - Dizajnerką! Już urządziłam nasz salon! Przyjdziesz i ocenisz!
- A gdzie ty masz salon? -spytałam zdziwiona.
- Jak to? A ten duży, 20-metrowy pokój?
- Kwestia nazewnictwa - bąknęłam bez przekonania, bo jestem z pokolenia, któremu salon kojarzy się głównie z zabawą w salonowca, a że ostatnio skojarzenie to podejrzanie mi wraca, więc wolę słowo "duży pokój". Sałatę także wciąż polewam sosem, bowiem dip to dla mnie polityczna grupa "Doświadczenie i Przyszłość", założona niegdyś przez marzyciela i ideowca, Stefana Bratkowskiego (Hej! Gdzie są niegdysiejsi marzyciele i ideowcy?! Zniknęli razem z salonami, sosami do sałatek, projektowaniem i makaronem?!).
Nawiedziłam ją już nazajutrz, bo roznosiło mnie pragnienie ujrzenia wreszcie konkretu, który dowiedzie, że jej artystyczne marzenia są realne. Nie ukrywam, że lubię marzenia, których realizacja jest możliwa, byle by mocno się postarać. Już samo staranie się daje wtedy satysfakcję. A ona do tej pory rozrzucała marzenia tak, jak kasztan gubi jesienią kolczaste owoce. Może tym razem...?

- Ło matko! - jęknęłam, stając w progu salonu. Tak, był piękny. Od kremowej bieli puszystego dywanu odbijała kredowa biel skórzanych foteli i herbaciane ciepło sofy z poduszkami w kolorze śniegu. Firanki, zasłony, bibeloty na jasnych szafkach, flakon z kwiatami na stole - wszystko było w różnych, znakomicie zharmonizowanych odcieniach bieli; nie miałam pojęcia, że jest ich tak dużo.
- Siadaj - powiedziała z uśmiechem ciepłym jak biel herbaciana. -Wino? Lubisz czerwone?
- Tylko czerwone plus popielniczka - przytaknęłam i już, już chciałam walnąć się na kanapę, gdy uświadomiłam sobie, że nie jest to mebel, ale element dizajnu. Usiadłam z nabożeństwem, usiłując nie opierać się o śnieżne poduszki, bo cholera wie, czy na sweterku nie mam kocich włosków mojej Łatki ("Na pewno na spodniach są te z brązowego psa", jęknęłam w duchu), ale ona już wnosiła białą popielniczkę i krwistoczerwone wino. Wyciągnęłam rękę w stronę kieliszka - i ogarnęła mnie przerażająca wizja rubinowej plamy na sofie. Odstawiłam kieliszek i nerwowo poszukałam papierosa. Już, już przypalałam go, gdy dla odmiany wyobraziłam sobie popiół na tym dywanie - i drżącą ręką odłożyłam szatański dowód uzależnienia.
- Odzwyczajasz się od palenia? - zdziwiła się znajoma. Od kłamliwej odpowiedzi uratował mnie jej mąż, który z energią wtargnął do salonu, krzycząc: "Hej! Fajnie, że wpadłaś!"
- Buuuuty... - syknęła dizajnerka, ale od kremowej bieli dywanu już odcinał się jasnobury prążek podeszwy adidasa. - Zapomniałem - wybełkotał małżonek, cofając się do przedpokoju, skąd wrócił w skarpetkach. Razem z nim z radosnym wrzaskiem, i z lodami truskawkowymi, wbiegła dwójka dzieci:"Cioooocia!", ryknęły z entuzjazmem, a dizajnerka powiedziała lodowato (lód też jest biały!): - Czy mamusia nie powtarza od wielu dni, że do salonu wstęp wzbroniony, chyba że w skarpetkach, bez lodów i coca coli?
- A z kanapką? - spytał nieśmiało mąż.
- ... ale bez pomidora. Biały serek - podpowiedziałam z refleksem.
- No i jak? Efekt jest?- spytała dizajnerka.
- Dizajn na szóstkę - przytaknęłam szczerze i dorzuciłam: - Nic, tylko fotografować.
Wróciłam do domu i walnęłam się w butach na tapczan. Z jednej strony położył się pies, z drugiej dwa koty. Zapaliłam papierosa i szary popiół stoczył się na szary futrzak.

Zdmuchnęłam. Wszedł mój mąż, szurając mokrymi butami. "Pada", oznajmił."Będzie padać, bo idzie jesień. Będzie padać jak jasna cholera", powiedziałam z niezrozumiałą i mało chrześcijańską satysfakcją. No będzie padać, ale deszcz można polubić, daję słowo. Wszystko zależy od dizajnu.


Poprzednia strona