a tak się dobrze zapowiadała...
ja - i moje książki
ja - i moja rodzina
ja - i moje zwierzęta
inni o mnie
rozmaitości
trofea
Dorota Terakowska - strona główna


Drobiazgi miłe pamięci


Kern

Ludwik nie może pamiętać, jak go poznałam, choć było to zabawne, dziewczyńsko-chichotliwe i zarazem bezczelne zdarzenie - a miało miejsce około 1958 roku. Przekrój był wtedy pismem, otoczonym nimbem uwielbienia, a w centrum nimbu niewątpliwie tkwił Kern, jego wierszyki, dowcipy, powiedzonka, teksty piosenek dla Marii Koterbskiej. Kern - wciąż młody, a już Instytucja.

Moja zwariowana, dziś nieżyjąca przyjaciółka - studentka I roku architektury, Baśka Krzyworzeka, pewnego wiosennego dnia powiedziała:
- Chodź, wtargniemy do Przekroju, zobaczymy jak tam jest w środku, popatrzymy sobie na Eilego, Gałczyńskiego, Kerna...
Aura podziwu, snobizmu i tajemnicy, otaczająca ówczesny "P", była tak duża, że ruszyłyśmy na lekko drżących nogach. Pismo mieściło się w zwykłym, choć wielkim mieszkaniu przy dawnej ul. Piłsudskiego (wtedy - "Manifestu Lipcowego"), przechodziło się przez liczne pokoje, korytarze, łazienki, dawne spiżarnie i dziwne komórki (bodajże w łazience miał ciemnię fotograficzną Wojtek Plewiński, który jakieś 3 lata później zrobił mi do "P" zdjęcie w wyzywającym kostiumie bikini, pod nazwą "Opalamy się na dachach").
Przekrój i Kern to były wtedy zjawiska kultowe - choć nikt i nigdy nie użyłby tego słowa, kojarzonego wówczas wyłącznie z dopiero co minionym kultem Stalina. Może dlatego moje pokolenie do dziś krzywi się na ten nadużywany przymiotnik?
- ...a panienki czego? - zagadnął jakiś ważniejszy redaktor, tarasując nam drogę w ciasnym przedpokoju.
- My do pana Kerna - powiedziała twardo przyjaciółka.
Pokazano nam jakiś pokój, bodajże w prawo z ciemnego korytarza i weszłyśmy. LJK siedział plecami do okna, słabo widoczny, ale już potężny duchem, ciałem i nazwiskiem, twórca i Nadredaktor ostatniej strony "P", od której wtedy wszyscy zaczynali lekturę - i rozmawiał z jakimś innym redaktorem tego Bardzo Ważnego Magazynu.
- Panie do mnie? - spytał mimochodem.
- Tak, do pana! - odparłyśmy chórem.
- A w jakiej sprawie? Pisujecie wierszyki? Macie jakieś pomysły, teksty, wycinki?
- Nie, my tylko chcemy sobie na pana popatrzeć - oznajmiłam.
- Aaa... no to patrzcie - odparł sympatycznie.
Patrzyłyśmy. Po minucie Kern spytał:
- Długo jeszcze?
- Z minutkę albo dwie.
- Dobra - powiedział.
W kolejnej minutce spytał: "Może wystarczy?" - i szarmancko ucałował nas w dłonie. "Do następnego spotkania", dorzucił grzecznie, zapewne w to nie wierząc. A jednak spotkanie nastąpiło...

W 1960 roku podjęłam współpracę z "P", jako młodziutka dziennikarka-studentka. Ale naprawdę poznałam Kerna w 1975, gdy dostałam etat reportażystki. Trochę się go wtedy bałam. Jego, Daniela Mroza, Merki Ziemiańskiej - tych wspaniałych i tajemniczych istot, które wciąż pamiętały TAMTEN Przekrój i z dużym, trochę ironicznym dystansem, a niekiedy z melancholijnym smutkiem obserwowali, jak do ich redakcji przybywają nowi, coraz młodsi dziennikarze, a ukochane pismo zmienia się, zmienia, zmienia....no i zmienia do dziś, tracąc wdzięk i jedyną w swoim rodzaju niepowtarzalność. Dziś to po prostu jedno z wielu pism, a za ich czasów było JEDYNE ( sprawiedliwie trzeba dodać, że innych po prostu wcale nie było). Myślałam, ze LJK mnie nie lubi ( pierwszy i kto wie, może nawet zdrowy odruch większości ludzi wobec mojej osoby); że najwyżej traktuje mnie z pobłażliwą wyrozumiałością - i tyle. Ale nie. W czasie kilku burzliwych sporów na kolegiach, gdy stawałam sama twarzą do zespołu - niespodziewanie mówił:" ...a ja mam podobne zdanie, jak Terakowska.". Gdy trzeba było typować ludzi, którzy usiłowali do ostatniej chwili ratować "krakowskość" Przekroju - Kern również donośnie wskazywał na mnie. Gdy wydawałam swoje pierwsze książki - śledził to życzliwie, z zaciekawieniem, choć "wchodziłam mu w działkę" książek dla dzieci - ale przecież jego " Ferdynand Wspaniały" i tak jest niepokonany ("Uwielbiałyśmy Ferdynanda", mówią do dziś moje dwie bardzo dorosłe córki ). Bodajże po ukazaniu się trzeciej z moich książek, pytając o coś powiedział: "Słuchaj, Dorota..." - i tak już zostało.

Ludwiku....Doroto... Oczywiście, on nie wie, że ja wtedy naprawdę poczułam się wyróżniona. Zostałam Jego koleżanką. Tak jest. Koleżanką. A przecież wciąż miałam w pamięci tamten wiosenny dzień z 1958...
Zabawne, ale raz pomogłam poderwać mu się z fotela sprzed telewizorem, przed którym lubi wysiadywać, ku irytacji Marty Stebnickiej ("Ludwiku, rusz się! Idź na spacer! Na kawę! Do przyjaciół!") - i wyjechać do Niemiec. Dwunastka polskich pisarzy, w ramach Targów Ksiązki Frankfurt 2000, miała objeżdżać Niemcy, a wśród nich ja i Ludwik.
- On oznajmił, że nigdzie nie jedzie. Mówi, że nie da się załatwić jakichś formalności w jakiejś super biurokratycznej polskiej instytucji, że urzędnicy nie pojmują co on mówi i nie chcą mu dać jakiejś głupiej pieczątki, której wymagają Niemcy - pożaliła się Marta Stebnicka przez telefon, a z głębi mieszkania rozległ się okrzyk: "I ja ich czniam!" - Jedzie, jedzie! - zawołałam kilka dni później w słuchawkę telefonu. Załatwiając - z wielkimi problemami i w aurze awantury - swoje pieczątki, zawalczyłam też o te dla niego. - Chwała Bogu, że jedzie, bo nie znoszę, gdy tak tkwi w kapciach przed telewizorem! - zawołała pani Marta.

Ba, może i siedzi w tych kapciach przed telewizorem, ale co on tam widzi! Nie telenowele, Bary i tokszoły. Tylko diabeł jeden wie, co on tam NAPRAWDĘ widzi, ale w każdym razie sunie później ku maszynie do pisania i....rodzi się kolejny tomik, opisujący nas i nasze śmieszno -gorzkie życie. Po prostu Ludwik ma swój własny ekran - ekran pamięci, humoru, własnego, "mandaryniego" rozumu i tej specyficznej złośliwości, w której jednak mieści się miłość dla bliźniego.

Jego wiersz o Dorocie na pewno nie jest o mnie. Delikatna...? Tak, ale bardzo głęboko, w środku. Nie ma też we mnie spokoju i ciszy, za to uwielbiam kolor starego złota i wiele moich ubrań jest tej barwy. Psoty, figle i łakocie...To lubię, to miewam, to mi się zdarza. No i koty...Moje koty mają pewnie te kocio-dorocie ruchy, a ja niekiedy je naśladuję, bo lubię koty. I bardzo lubię Ludwika.


Poprzednia strona