a tak się dobrze zapowiadała...
ja - i moje książki
ja - i moja rodzina
ja - i moje zwierzęta
inni o mnie
rozmaitości
trofea
Dorota Terakowska - strona główna


Pytania do Desuetudo


1.Czy często wspomina Pani czasy studenckie?

Tak, bo je uwielbiałam. W zasadzie to był czas prawdziwej wolności, bo studiowaliśmy inaczej, niż wy. To był tzw. głęboki PRL i prawie nikt nie miał motywacji, by szybko kończyć studia i ruszyć do zarabiania pieniędzy. Przeciwnie, było to jednoznaczne ze znalezieniem mało ciekawej i źle płatnej pracy. Może dlatego studiowaliśmy z reguły średnio, ( noce, zarywane przed sesją i radosne "nicnierobienie" przez cały semestr), za to mnóstwo energii pakowaliśmy w życie towarzysko-kulturalne. To nie przypadek, że wtedy powstały najlepsze kabarety, festiwale kultury studenckiej, mnóstwo pisemek, narodziły się juwenalia, a gwiazdy niegdysiejszej studenckiej kultury trwają do dziś. Sama też występowałam w studenckim kabarecie, stworzonym przez Wieśka Dymnego w "Klubie Pod Jaszczurami". Było to bardzo zabawne, bo 4 studentki, w tym mnie, Wiesiek przebrał za klasyczne girlsy - a w PRL tego jeszcze nie było! - więc na premierę ruszył dziki tłum i wytłukł szyby, byle się dostać. Fama o tych girlsach wyprzedziła prawdę, że w ogóle nie umiemy tańczyć. Jednak myślę, że Dymnemu nie chodziło o to, czy precyzyjnie zatańczymy, tylko żeby w tzw. erze przaśnego Gomułki sprowokować obyczajowy skandal. Niewątpliwie mu się udało. Po takich przygodach, chyba trudno źle wspominać tamte wariackie lata? To były czasy debiutu Ewy Demarczyk, Marka Grechuty, a wcześniej całej watahy jazzmanów, którzy grywali w "Jaszczurach" do późnej nocy, aby potem przenieść się do "Piwnicy". My wędrowaliśmy za nimi. Studiowało się pomiędzy odwiedzaniem różnych klubów i Piwnicy Pod Baranami. Myślę, że to już nie powróci - dziś studia to pośpiech, precyzja i bieg do pierwszych posad. Moje pokolenie - zapewne z konieczności i braku innych motywacji? - miało mnóstwo czasu na szaleństwa.

Studia wybierałam z przypadku i trafiłam na socjologię, bo wydawała mi się dość uniwersalna, ale wiedziałam, że chcę być pisarzem, nie socjologiem. No cóż, nie byłam wzorem studenta...Ale dobrze wspominam naszą grupę koleżeńską (15 osób na roku, więc łatwo było o przyjaźnie) i profesorów. Byli wyrozumiali i tylko jeden z nich obniżył mi raz ocenę z egzaminu " za wygląd". Wtargnęłam na egzamin w dżinsach i T-shircie, a on określił to "brakiem szacunku dla egzaminatora i uczelni". Cieszę się też, że za moich czasów nie było testów. Stawanie twarzą w twarz dawało, w razie niewiedzy, cień szansy na "zagadanie" tematu, na przekonanie profesora, że wprawdzie czegoś się nie wie, ale za to "jest się bystrym". Testy mogą oblać osobę inteligentną i dać fory kujonom, to trochę niepokojące. A ja zdawałam egzamin wstępny z historii "na inteligencję" - bo na pytanie o budowę Kanału Sueskiego, odpowiedziałam, że wprawdzie nie wiem kiedy go zbudowano, ale zaraz wymyślę, no bo w "Pustyni i w puszczy" inżynier Tarkowski....itd. Komisja pokładała się ze śmiechu i dała mi...piątkę, choć pomyliłam się o 10 lat. Na teście bym oblała i to z tak marnego powodu, jak Kanał Sueski...

2.Prosze mi powiedzieć, jakie to uczucie trzymać w ręku swoja pierwszą książkę? Czy każda kolejna wyzwala równie mocne wrażenia?

Nie, tylko ta pierwsza, może jeszcze druga. To rzeczywiście są mocne - i mocno fałszywe wrażenia. Człowiekowi wydaje się, że nagle staje się kimś ważnym - a to bzdura. Mysli, że wszedł do kultury jako podmiot - a to złudzenie. Wierzy, że ta książka jakoś określa jego teraźniejszość i przyszłość - a to kłamstwo. Po latach już się wie, że najważniejszy jest proces szukania pomysłu i pisania, a samo wydanie książki to tylko formalność i... niebezpieczne wystawienie się na oceny opinii publicznej. A zatem jest to ryzyko, a nie przyjemność.

3. Dlaczego pisze Pani chociażby o aniołach, a nie o diabłach, jak to teraz jest w modzie?

...nie, nie, u mnie są diabły. W "Tam gdzie spadają anioly" obok Białego jest Anioł Czarny, ważniejszy, niż Ave i nie tak zły, jakby się zdawało. Pokazuję poprzez niego złożoność i niejasność zła, jego nieostateczność. W "Poczwarce" pojawia się Wąż - postać bardzo ważna, to jest po prostu Diabeł, ale opiekuńczy, w dodatku nie wróg, ale pomocnik Boga. W "Ono" też jest wiele ludzkich diabłów.

4. Czy mając przed sobą swoja własna, ukończona książkę, zastanawia się Pani nad skrajnie innym zakończeniem?

Niekiedy, tak. Rzadko. Zakończenie "Poczwarki" było odczytywane na kilka sprzecznych sposobów. Pomyślałam sobie, że pewnie napisałam je nie dość wyraziście. Tu akurat wyrazistość była potrzebna, bo już niejednoznaczność "Ono" jest zamierzona. W innych książkach nie chciałabym niczego zmieniać.

5. Czy przyjęłaby Pani propozycje napisania sztuki teatralnej lub tekstu piosenki?

Gdy byłam młodsza, próbowałam pisać teksty do piosenek, ale pewnie nie umiałam, napisałam też - i w dodatku wystawiono to - sztuczkę dla małych dzieci na 25-lecie teatru Groteska. Wygrałam jakiś poznański konkurs na sztukę teatralną dla młodzieży. Ale nie czuję się dobrze w tych gatunkach.

6. W Pani książkach często pojawiają się wzmianki o komputerze, internecie, ma Pani również swoja stronę internetowa (www.terakowska.art.pl) w związku z czym interesuje mnie, czy Pani książki powstają odręcznie czy właśnie przy użyciu komputera?

Komputery zafascynowały mnie, ledwo pojawiły się w Polsce w bardziej masowej skali. Zaczęłam pracować na komputerze w 1992 roku, już w 1993 kupiłam sobie pierwszego Mackintosha, a potem pierwszego peceta. Bardzo szybko weszłam do Internetu, a nawet zdążyłam się na kilka lat uzależnić od gier komputerowych. Dopiero od jakichś 2 lat powoli mi to mija, choć nadal komputer traktuję jako moje własne i ważne środowisko - do pracy, do odpoczynku, rozrywki, a nawet zawierania przyjaźni.. Moja domowa strona oddała mi ogromne usługi : poznałam moich czytelników, a to jest fascynujące uczucie. Dostaję setki emaili i pracowicie odpowiadam na każdy z nich. A zresztą Pani jest tego dowodem. My też poznałyśmy się w internecie...Książki piszę wyłącznie na komputerze.

7.Czy myśli Pani, ze rzeczywistość wirtualna może w istotny sposób kształtować nasze życie?

Może, ale nie powinna. Ważniejszy jest świat realny. Życie wirtualne w dużej mierze jest pewną fikcją, kreacją, często zafałszowaniem siebie samego. Uleganie mu może być niebezpieczne. Ja na szczęście traktuję komputer wyłącznie jako narzędzie, ale znam wielu ludzi, dla których jest to coś żywego i organizującego im życie. Wprawdzie znam też kilka świetnych par małżeńskich, które poznały się w internecie - ale to raczej przypadek, niż zasada. Zdrowiej jest nie demonizować internetu.

8. Jako jedna z najwierniejszych czytelniczek Pani książek zawsze chciałam zapytać, która z opisywanych przez Panią postaci ma najwięcej cech prawdziwej Doroty Terakowskiej?

W zasadzie nigdzie siebie nie opisywałam, ale myślę, że ja - moja osobowość, myśli, suma poglądów - chyba przebijają w każdej powieści.

9.Nawiazujac do najnowszej powieści ONO, trudno nie zapytać o główna bohaterkę Ewę. Czy jej metamorfoza nie jest nieco przejaskrawiona? W końcu poznajemy ją jako przeciętną nastolatkę, która marzy o wyrwaniu się z zaściankowego miasteczka, o tzw. wielkim świecie, później pod wpływem ciąży snuje ona przemyślenia, których nie powstydziliby się niejeden współczesny filozof...

Pewnie jest przejaskrawiona, ale ja zawsze wychodzę z założenia, że literatura nie jest lustrem życia, tylko jakąś kreacją, a w tej kreacji jest miejsce także na nieprawdopodobieństwa.

10.Czy czytała Pani "Wojnę polsko - ruską pod flagą biało - czerwoną" Doroty Masłowskiej? Co sądzi Pani o tego typu literaturze?

Masłowska urodziła się do pisania, to się czuje z każdym jej zdaniem. Niech pisze dalej, byle nie wpadła w manierę - a tę manierę zdradzają niekiedy jej felietony w Przekroju. Myślę jednak, że wcześniej czy później ona napisze dobrą kolejną książkę. Ja w nią wierzę. Na tle polskiej literatury ona niewątpliwie jest oryginalnym zjawiskiem. To trzeba docenić, nawet jeśli komuś "Wojna..." się nie podoba. Mnie się podobała, poza ostatnimi trzema stronami.

11.Teraz będzie pytanie klasyczne, ale ciekawi mnie skąd czerpie Pani inspirację do swoich utworów?

Nie wiem - i to jest jedyna uczciwa odpowiedź. Jakoś sobie te pomysły przychodzą. Albo nie przychodzą. Raz miałam 4 lata przerwy - pomiędzy "Córką czarownic" i "W krainie Kota", bo żaden pomysł nie przyszedł. Innym razem rok po roku napisałam "Tam gdzie spadają anioły" i "Samotność bogów", bo pomysły niemal się goniły. No, różnie to bywa i nie wiem od czego zależy. Ten jakiś pierwszy impuls, zalążek pomysłu musi przyjść sam. Od roku nic mi nie wpada do głowy i jestem wściekła...Z drugiej strony, nie mam żadnego obowiązku pisania.

12.Porusza Pani tematy trudne, niewygodne, których ludzie starają się nie zauważać, myślę tutaj chociażby o książce opisującej życie dziecka z zespołem Downa,("Poczwarka" - przyp. autora) zastanawiam się, co jest impulsem do podejmowania takich właśnie tematów?

Impuls - dobre słowo. W przypadku Myszki z "Poczwarki" była to wieloletnia obserwacja niepełnosprawnej dziewczynki, która urodziła się na Mazurach, gdzie co roku jeździmy na wakacje. Patrzyłam i patrzyłam, a po 12 latach stwierdziłam, że o tym napiszę. Ciekawe, ze wcześniej w ogóle o tym nie myślałam. A zatem jest w tym także coś z przypadku.

13.I na koniec zapytam, kiedy możemy się spodziewać nowej książki Pani autorstwa? No i przy okazji wizyty na Podkarpaciu?

Nie mam pojęcia - i to jest jedyna szczera odpowiedź. Na razie ukaże się jedno wznowienie mojej bardzo starej książeczki dla małych dzieci, a ponadto długa rozmowa z pewnym psychiatrą. Pomysły na powieść na razie mnie omijają...Podkarpacie...Rzeczywiście, dawno tam nie byłam. W tej chwili czeka mnie Moskwa, potem Kanada, a potem mam nadzieje, że posiedzę sobie spokojnie w domu. W gruncie rzeczy jestem domatorką. Myślę, że większość pisarzy to domatorzy, bo dom kojarzy się im z ich miejscem pracy.


Poprzednia strona