a tak się dobrze zapowiadała...
ja - i moje książki
ja - i moja rodzina
ja - i moje zwierzęta
inni o mnie
rozmaitości
trofea
Dorota Terakowska - strona główna


Guliwer czyli podróż
do krainy prawdy lub kłamstwa

Guliwer Przywykliśmy, że dzieci trzeba okłamywać "dla ich własnego dobra". Oczywiście to dorośli decydują, co jest dobrem. Także dorośli określają, która literatura jest właściwa dla dzieci, a która wręcz przeciwnie. Otóż "wręcz przeciwnie" są na pewno Podróże Guliwera Jonathana Swifta, gdyż Swift był bardzo złośliwy wobec dorosłych przedstawicieli homo sapiens. Nawiasem mówiąc, "sapiens" przyznał jedynie czworonożnym Houyhnhnmom, a nie dwunożnym, "ludziopodobnym" Liliputom, Olbrzymom i samym ludziom. Houyhnhnmowie - istoty identyczne z naszymi końmi, ale duchowo i umysłowo rozwinięte wyżej niż ludzie - Guliwer spotyka w ostatniej ze swych podróży, docenia ich rozum, przymioty charakteru i filozofię życia, stosunki społeczne i polityczne. Na tym tle własny gatunek wydaje mu się wyjątkowo nędzny. Gdy wraca od nich do stęsknionej, dwunożnej żony, nie może na nią patrzeć. "Gdym wszedł do domu, uścisnęła mnie żona moja i dała mi pocałunek, ale będąc już dawno odzwyczajony od uściskań tak obrzydłego zwierza, wpadłem w zemdlenie, które przeszło godzinę trwało..." - tak opisuje Swift powrót bohatera do domu, w przedostatnim rozdziale swej sławnej powieści. W żadnej książce dla dzieci, nawet gdyby pisał ją Tryzna, nikt nie ośmieli się opisać w ten sposób Matki Polki! Ani nawet Matki Angielki, choć cudzoziemka.
Tymczasem taka jest prawda o podróżach Guliwera: im dalej podróżował, tym bardziej nie podobał mu się świat, w którym wypadło mu się urodzić. A zarazem zawsze trafiał źle: wśród Liliputów był za duży, wśród Olbrzymów za mały. Człowiek za duży pada ofiarą intryg, a zbyt mały staje się zabawką dla większych. Lapucjanie i Balnibarbianie - których napotkał w trzeciej podróży - byli z kolei dwunożnymi głupcami, i dla nich Guliwer był zbyt mądry. Zamieszkujący powietrzną wyspę Lapucjanie z zasady zapominali co, po co i do kogo mówią. Niemal jak nasi politycy. Balnibarbianie zaś "chodzili z twarzą dziką i oczami wytrzeszczonymi ", co - nie wiedzieć czemu - też kojarzy się jakoś z politykami, a ściślej rzecz biorąc z jednym. Tylko czworonożni, koniopodobni Houyhnhnmowie tworzyli rozumne społeczeństwo - dwunożne zaś bezmyślne istoty, zwane Jahu, służyły im jako bydło. Starogniady Houyhnhnm opisywał Guliwerowi naturę Jahusów, czyli ludzi: "Ty i twoi ziomkowie macie iskierkę rozumu (...), ale tego światełka używacie na powiększenie waszych przywar wrodzonych i na nabycie tych, których wam natura nie dała. Zatracacie zdolności przyrodzone, mnożycie swe potrzeby i całe życie spędzacie na nieudolnych poczynaniach, by je zaspokoić własną przemyślnością". No i jak zezwolić, aby czytały to nasze dzieci...?! Przecież ledwo nauczą się chodzić, już przysposabiamy je do życia, w którym muszą zdobyć mieszkanie, auto, stanowisko, konto w banku itp. Przyrodzone zdolności naszych dzieci tępimy "dla ich dobra": "nie pójdziesz na historię sztuki czy polonistykę, ośle jeden, bo zginiesz z głodu. Idziesz na prawo lub zarządzanie!"
Podróż Guliwera to podróż w krainę prawdy o nas samych. Jest to prawda niezwykle brzydka i zasmucająca. Jej aktualność nie tylko nie przemija od 1726 roku (rok napisania Podróży...), lecz nawet się nasila. Oczywiście, żaden z "rozsądnych" przedstawicieli świata dorosłych nie popełniłby takiego głupstwa, aby podobne dzieło zalecić dzieciom. Ale komuś zrobiło się żal, że tak fantastyczny pomysł, jak podróże do dziwnych krajów, miałby umknąć głównym adresatom baśniowych gatunków. Na użytek dzieci powstały zatem - nie wiem przez kogo napisane - fałszywe "Podróże Guliwera" i nikt nie poczuł wyrzutów sumienia, że wiodą one małych czytelników w krainę kłamstwa. W dziecięcej wersji dobry, poczciwy Guliwer odwiedza tylko Liliputów i Olbrzymów - a potem wraca szczęśliwy do żony i dziatek. Jeśli nawet mdleje, to ze szczęścia, a nie wstrętu. To dorośli zdecydowali za Jonathana Swifta, jaką wymowę mają mieć Podróże Guliwera. To dorośli dopisali nieunikniony happy end, nieuniknienie korzystny dla ludzkości, a zniekształcono tę powieść "dla dobra dziecka". A że nikt nie pytał autora o zgodę? No cóż, Swiftowi szczęśliwie zmarło się w 1745 roku, więc jak go pytać?
Dziś mamy już trzech Guliwerów: pierwowzór - zrodzony z gorzkich przemyśleń złośliwego Anglika, fałszywkę - ocenzurowaną i gęsto polukrowaną na użytek dzieci, i wreszcie mamy "Guliwera" warszawskiego, który właśnie obchodzi pięciolecie swego istnienia. Ciekawa jestem, kto wymyślił mu imię i w jakiej intencji... * Jaki jest trzeci Guliwer? Jak ma się do swych poprzedników i pierwowzorów? Jest prawdziwy - czy polukrowany? W każdym razie ten Guliwer też podróżuje, tyle że w krainę dziecięco-młodzieżowej literatury. Niezwykle to rzadko odwiedzana kraina. Wszyscy już wolą Disneyland. Co nasz Guliwer tam robi? Jakie są jego notatki z podróży? Otóż mimo niepohamowanej żądzy pochwał ze strony wszystkich pisujących Liliputów, Olbrzymów, Lapucjanów i Balnibarbian - warszawski Guliwer nie lukruje literackiej rzeczywistości. Bliższy jest Swiftowi niż późniejszym "cukiernikom" przerabiającym jego stawną powieść. Ale nie ma w nim złośliwości, goryczy i jadu, tak charakterystycznych dla Swifta. Wszystkie Liliputy, Olbrzymy i Lapucjanie (Houyhnhnmowie, niestety, jeszcze nie piszą, a szkoda), pisujący dla dzieci i młodzieży, mogą tu liczyć na życzliwość, choć nie mogą nigdy liczyć na niezasłużone pochwały. Czasem z tego powodu warszawski Guliwer odbiera nerwowe telefony autorek - którym familijność, panująca w jego domu, myli się z brakiem krytycznego spojrzenia.
Rodzimym krajem warszawskiego Guliwera jest, niestety, Lapucja. Lapucjanie dają mu troszeczkę pieniędzy, tylko tyle, aby mógł się ukazywać (dzięki czemu władca Lapucjan ma czyste sumienie) - lecz nigdy nie tyle, aby poczuł się dowartościowany lub żeby mógł płacić krytykom i recenzentom. Lapucjanie czasem łaskawie go dojrzą - np. przed Dniem Dziecka czy świętym Mikołajem - bo na co dzień zwracają uwagę wyłącznie na siebie. Liliputy czasem go kąsają, ale Olbrzymy jeszcze go nie zadeptały, więc mam nadzieję, że warszawski Guliwer szczęśliwie trafi w końcu do jakiejś rozumnej i hojnej dla siebie krainy. Byle nie była ona krainą czworonogów, bo wtedy obecna, dwunożna redakcja zostałaby przegnana i zastąpiona Houyhnhnmami. Które na ludzki gatunek patrzą z pogardą. l mają trochę racji.

* Od redakcji: Tytuł "Guliwer" podsunął nam Bogusław Żurakowski.


Dorota Terakowska
Guliwer 5/96


Poprzednia strona