a tak się dobrze zapowiadała...
ja - i moje książki
ja - i moja rodzina
ja - i moje zwierzęta
inni o mnie
rozmaitości
trofea
Dorota Terakowska - strona główna


Autograf


Dorota Terakowska w domowym zaciszu Najpierw anegdota, ale prawdziwa. Gdy biorę udział w spotkaniach autorskich, ponieważ jedna z moich książek jest w lekturach szkolnych, dzieci na ogół interesuje, czy mam psa, czy oglądam Dynastię i czy czytam harlequiny. Ja mówię: tak, nie, nie. Potem dzieci pytają, jak się uczyłam w szkole, i tu się zaczynają moje kłopoty. Powiem uczciwie, że w tym momencie po prostu kłamię. Nie mogę dzieciom powiedzieć, że byłam trzy razy wyrzucana ze szkół, że dwukrotnie repetowałam, mając od góry do dołu niedostateczne, z zachowaniem włącznie; a co najgorsze - nie mogę im powiedzieć, że ja tego nie żałuję. Całe życie słyszałam, jak mówiono: Terakowska, z ciebie nigdy nic nie wyrośnie. Jedyna nauka, jaką z tego wszystkiego wyciągnęłam, jest ta, że nie mówię tego nigdy moim dwóm córkom.
Mówię o tym nie bez powodu. Wydaje mi się, że jako pisarkę i jako człowieka ukształtowały mnie także tamte szkolne lata, dlatego że to wyrzucanie ze szkół wynikało z niezgody na to, co mnie otaczało. To była niezgoda na konformizm, który mi wtłaczano do głowy, powtarzano "nie wychylaj się, mów i myśl tak jak inni, rób to, co robi większość, to jest zgodne z rozsądkiem". Ja co prawda musiałam w efekcie maturę robić w szkole dla pracujących, a na studia poszłam bardzo późno, mając dwadzieścia dwa lata, ale ta niezgoda pozostała we mnie do dziś.
Holocaust. Batszewa powiedziała, że przyjechała między innymi po to, aby się dowiedzieć, co my robimy z tym tematem. Istnieje coś, co nazywam bardzo okrutnym prawem wielkich liczb. Z Holocaustem zetknęłam się w takiej postaci, w jakiej mówiono mi o nim w szkole i czytałam w gazetach: to były liczby. Nie mogłam zrozumieć, że za liczbą sześć milionów kryje się sześć milionów bardzo różnych tragedii. Jeszcze dziś przyłapuję się na tym, że gdy czytam w gazecie, iż zatonął prom i na tym promie utonęło tysiąc dwustu ludzi, i w tej samej gazecie czytam obok, że ojciec zatłukł na śmierć własnego synka, to bezwiednie, bez udziału mojej woli, bardziej przeżywam ten pojedynczy wypadek śmierci. Obawiam się, że coś z tego jest w naszym stosunku do Holocaustu. Jest liczba, której nie ogarniamy. Dlatego ja bardzo wiele zawdzięczam w swoim życiu człowiekowi, który nazywał się Jonasz Stern. To był wielki polski malarz żyjący w Krakowie, znacznie starszy ode mnie, który mnie lubił. Miałam wtedy jakieś dziewiętnaście lat. On był profesorem Akademii Sztuk Plastycznych, miał chyba już pięćdziesiąt. Jonasz, tak jak Miriam Akavia, urodził się trzy razy. Jonasza zabito w płaszowskim obozie dla Żydów. Dosłownie. Został rozstrzelany. On o tym nie chciał mówić, ale mnie opowiedział. Gdy sobie uprzytomnił, że leży przywalony warstwą zastrzelonych ludzi i ciągle żyje, wtedy do niego dotarło, że po to, by żyć, musi udawać, że jest martwy. Jonasz leżał czterdzieści godzin pod stosem ludzi, którzy konali albo już nie żyli. Potem, korzystając z ciemności, wyszedł. Miał szczęście, że trafił na Polaków, którzy dali mu ubranie, umyli go. Dopiero właściwie wtedy zrozumiałam, co to był Holocaust, dlatego że do liczby sześciu milionów dołożyłam tę jedną i pojęłam, co się kryje za tamtymi.
Pisać zaczęłam bardzo późno. Najpierw byłam dziennikarzem, mimo że kiedy miałam lat siedem-dziesięć, to na pytanie kim chcesz być, na które dziewczyny z reguły odpowiadają: aktorką, ja mówiłam, że chcę być pisarką. Pisałam w odcinkach straszliwe westerny, które klasa czytała podając sobie kartki. Było to okropne. Zawsze dostawałam za to dwóję wpisaną do dziennika, bo w końcu mnie przyłapywano. Tak naprawdę zaczęłam pisać literaturę, kiedy wyrzucono mnie z dziennikarstwa, w 1981 roku, za sprzyjanie "Solidarności" i niezgodę na stan wojenny. Napisałam wtedy taką cienką książeczkę pt. Guma do żucia, rzecz dla dorosłych - moje osobiste, prywatne pożegnanie z PRLem, który już wtedy pogrzebałam, choć on jeszcze istniał. Narracja była w pierwszej osobie liczby pojedynczej i pisałam na przykład ja-56, ja-68. W rozdziale Ja-68, który był bardzo krótki, miał trzy strony, napisałam o Jonaszu w brzuchu potwora, ale tym potworem był po prostu antysemityzm. Sześćdziesiąty ósmy rok uważam za datę, której powinniśmy się wszyscy wstydzić, także ci, którzy nie brali w tym udziału.
Właściwie nie wiem, dlaczego zaczęłam nagle pisać baśnie. Może dlatego, że okazało się, iż normalna książka dla dorosłego zaczęła mi się wydawać mniej uniwersalnym gatunkiem niż baśń dla przekazania wszystkiego, co człowieka boli. Moim mistrzem byt Tolkien. Przeczytałam go mając dwadzieścia parę lat i się nim zachwyciłam. Tolkien zawsze bardzo ostro protestował, gdy mówiono, że Mordor, Kraina Zła, to Związek Radziecki. Tolkien mówił, że tworzy baśnie, a nie powieści polityczne. Dopiero kiedy sama zaczęłam pisać baśnie, zorientowałam się, że do świata baśni, który powinien być lepszy niż ten, co nas otacza, przenosimy wszystkie swoje bóle, cierpienia. Wszystkie baśnie napisałam w latach osiemdziesiątych i ani jedna nie mogła się ukazać, ponieważ kiedy trafiły do jakiegoś wydawnictwa, to zawsze na polecenie KC albo je odrzucano albo rozsypywano w drukarni gotowe składy. Myślałam, że już nigdy nie uda mi się wydać żadnej książki. Potem kolejno się ukazały: w roku 89, 91. Lada moment wyjdzie w "Naszej Księgarni" kolejna. Jedna od razu trafiła do lektur szkolnych, Władca Lewawu. Druga, Córka Czarownic, dzięki życzliwości siedzących tu osób dostała się na światową listę Andersena. Piszę niewiele, rzadko i długo. Jedną książkę piszę nieraz dwa lata. Ciągle jestem z niej niezadowolona. Natomiast zauważyłam, że w światach baśni, gdzie powinien być happy end i powinno być lepiej, w ogóle nie jest wesoło; w literackich obrazach znajdują wyraz moje lęki przed zniewoleniem jednych ludzi przez drugich, totalitaryzmem, wojną, śmiercią, zagładą, nietolerancją dla wszelkiej odmienności. Tu dygresja: słowo nietolerancja akceptuję, słowo tolerancja irytuje mnie i powiem zaraz dlaczego. Tolerancja zakłada, że łaskawie się zgadzam, iż coś jest trochę inne niż ja. To chodzi raczej o zrozumienie: zrozumieć tego innego. Niewątpliwie w moich baśniach zdarzają się sytuacje, że na przykład niebieskoocy mordują zielonookich tylko dlatego, że ci mają zielone oczy, a więc baśń pozwala mi wyrażać to wszystko, co dzieje się złego w naszym świecie. Zarazem magia, która istnieje nieodłącznie w baśni, pozwala rozwiązać problemy, jakich w realnym świecie rozwiązać nie możemy. Mimo to nie umiem pisać tak zwanych happy endów. Ponieważ jednak dziecko musi mieć chociaż tego namiastkę, dlatego jeżeli już naprawdę nie mogę napisać czystego happy endu, staram się dać sympatyczne zakończenie, ale zostawiam znaki zapytania.
Jeszcze jedna z fobii, którą przenoszę do świata baśni, wiąże się z ekologią, gdyż to, co robimy z Ziemią, jest dla mnie przerażające. Bardzo ważną rzecz powiedziała Małgosia Musierowicz. Dziecko potrzebuje miłości. Potrzebuje terapii. Chciałabym dodać, że dziecko potrzebuje, by je nauczyć jak walczyć, jak nie godzić się na ten świat, jak go zmieniać. Jest takie powiedzenie żydowskie, że jedno ocalone życie to tak, jakby człowiek ocalił cały świat. Ja z kolei mam takie uczucie, że jeżeli dzięki książce, którą napiszę, choćby jedno dziecko będzie miało odwagę i potrzebę walczenia z tym, co jest w świecie złego, to jest tak, jakby udało mi się cząstkę tego świata naprawić.
Powiem jeszcze dwa słowa o sobie. Mam męża. Jestem bardzo z niego zadowolona. On ze mnie też. Mimo że jak widzę w telewizji reklamę "O radości pieczenia z "Kasią", to dostaję dreszczy i zastanawiam się, co za idiota to wymyślił. Nie znoszę piec, gotować, sprzątać. Wolę się ułożyć na moim własnym wysypisku śmieci z książką w ręku i poczytać. Dlatego nic nie mogę powiedzieć, gdy widzę, jak córka zamiata śmieci pod szafę, bo pamiętam, że ja to też robiłam. Usiłuję zawsze pamiętać własne grzechy młodości i nie wmawiać moim dzieciom, co robi 90% rodziców, że w ich wieku miałam same piątki i byłam znakomita. Mój mąż mnie czasem błaga: przestań już opowiadać o swoim dzieciństwie i młodości, bo to jest naprawdę okropne. Na własne uszy słyszałam, jak skłamał, że był świetnym studentem. Wiem, że studiował 10 lat, zamiast 5. Owszem, kręcił w tym czasie filmy, zakładał gazetki, pisał i robił mnóstwo ciekawych rzeczy, ale po co okłamuje własne dzieci? One i tak nie będą złe. Jedna z moich córek jest dziennikarką. Przypuszczam, że też przejdzie kiedyś do literatury, dojrzeje do tego, tylko równie późno jak ja. Druga córka, czego świadkiem jest siedzący tu Zbyszek Batko z Łodzi, dostała się na reżyserię do Łódzkiej Szkoły Filmowej. W domu są jeszcze dwa koty, pies i ja. Nie ma margaryny "Kasia".


Poprzednia strona